11 lipca 2016 12:28

Iron Maiden we Wrocławiu (relacja)

[img:1]

2 lipca najprawdopodobniej po raz ostatni wystąpił na polskiej ziemi zespół Black Sabbath, uważany przez wielu fanów i ekspertów za ojców heavy metalu. Trasa nazwana wymownie The End jest tą wieńczącą historię tego legendarnego zespołu. Ozzy Osbourne, Tony Iommi i Geezer Butler dali w Polsce jeden z ostatnich koncertów w trakcie swojej imponującej kariery. Łudzę się jeszcze, że wzorem choćby zespołu Scorpions zmienią zdanie, ale nawet jeśli nie, to i tak światowy heavy metal zostawią w świetnych rękach.

Kariery nie kończy bowiem na szczęście inny z zespołów absolutnej światowej czołówki, który wyjątkowo upodobał sobie występy w naszym kraju. Mowa oczywiście o Iron Maiden, którzy poprzednio wystąpili w Polsce 24 czerwca 2014 r. na stadionie INEA w Poznaniu w ramach trasy Maiden England Tour. Co ciekawe, w trakcie jej trwania zespół także w 2013 r. dwukrotnie koncertował w Polsce: 3 lipca w łódzkiej Atlas Arenie i dzień później w Ergo Arenie na pograniczu Gdańska i Sopotu. W ostatnią niedzielę, 3 lipca, równo 3 lata po pierwszym z tych występów, Bruce Dickinson i spółka wystąpili na Stadionie Miejskim we Wrocławiu w ramach trasy promującej ostatni, dwupłytowy album „The Book of Soul”. Wydawnictwo w Polsce zadebiutowało od razu na pierwszym miejscu na liście sprzedaży płyt. Przed koncertem, jak zwykle w przypadku ich występów, mogliśmy spodziewać się spektakularnego show z imponującą scenografią, wymyślną grą świateł, mnóstwem efektów specjalnych i pirotechnicznych oraz oczywiście różnych wcieleń Eddiego (maskotki zespołu – przyp. M.B.). Nie zawiedliśmy się!

[img:3]

Zanim jednak zespół nazywany przez niektórych „najlepszym towarem eksportowym brytyjskiego rocka” pojawił się na scenie, publiczność mogła znakomicie rozgrzać się przed koncertem podczas występów The Raven Age, a przede wszystkim zespołu Anthrax. Pierwsza grupa, w której występuje George Harris – syn słynnego Steve’a, założyciela, lidera, basisty i autora wielu utworów Iron Maiden, zaprezentowała dawkę solidnego, melodyjnego, acz dość prostego metalu. Następnie na scenę wyszła legenda metalu, zaliczany do tzw. „wielkiej czwórki” thrash metalu (wraz z Metallicą, Slayerem i Megadeth) Anthrax. Co nie powinno w ogóle dziwić, ich występ zebrał znacznie większą publikę niż koncert poprzedników. Moim zdaniem wypadli lepiej (choć grali krócej) niż na Przystanku Woodstock w 2013 r., którego byli w opinii wielu osób największą gwiazdą. We Wrocławiu zaprezentowali ciekawszy repertuar i większe zmiany aranżacyjne poszczególnych utworów. Tradycyjnie mieli też bardzo dobry kontakt z publicznością.

Niemal punktualnie o 21.00 z głośników popłynęły dobrze znane nam dźwięki utworu „Doctor, Doctor” z repertuaru zespołu UFO. Dla większości z ok. 38 tysięcy widzów zgromadzonych na Stadionie, na którym na co dzień gra zespół Śląska Wrocław, był to czytelny znak, że zaraz na scenę wejdą ci, na których koncert zjechali fani nie tylko z całej Polski, ale i z innych krajów, w tym tak odległych, jak Argentyna czy USA. Zanim jednak muzyków zobaczyliśmy na scenie, mogliśmy oglądać animację pokazującą walkę samolotu o nazwie Ed Force One (na cześć Eddiego, którego wizerunek jest oczywiście namalowany na maszynie) z siłami natury (uwalniał się on z pęt).

Być może nie każdy wie, że wokalista grupy ma licencję pilota i często zespół na koncerty przemieszcza się właśnie pilotowaną przez niego maszyną (jest nią Jumbo Jet Boeing 747-400). Tym razem jednak zostawili ją w Berlinie, a podczas reszty europejskiej trasy przemieszczają się czterema ciężarówkami (dodatkowe siedem przewozi ich sprzęt). Dość jednak o kulisach, skupmy się na rzeczy najważniejszej – koncercie! Zaczął się on zgodnie z planem. Jako pierwszy na efektownej scenie pojawił się Dickinson, który odegrał rolę kogoś w rodzaju kapłana na początku niemal progresywnego, skomponowanego przez siebie utworu „If Eternity Should Fail” z najnowszego, wspomnianego na początku albumu. Pierwsze dźwięki tej piosenki zaintonował przy parującym kotle i pochodni. Po chwili za jego plecami pojawiła się Piramida Kukulkana. Scenografia podczas koncertów na tej trasie nawiązuje bowiem do architektury Majów. W momencie, gdy utwór nabrał tempa, do wokalisty dołączyli koledzy i od tej pory mogliśmy już dać się ponieść magii tej szóstki znakomitych muzyków!

Od początku koncertu serwowali nami oni to wszystko, z czego są najbardziej znani, czyli charakterystyczne, dynamiczne, wręcz galopujące brzmienie gitar, znakomicie współbrzmiących z perkusją oraz świetny, czysty i energiczny wokal charyzmatycznego wokalisty. Od początku też imponowali swoją witalnością na scenie. Zwłaszcza Dickinson, który biegał po niej jak młodzieniaszek. Swój show pokazywał od początku także mający polskie korzenie gitarzysta Janick Gers, imponując różnymi ekwilibrystycznymi pozami, w których trzymał i podrzucał swą gitarę. Było to świetne otwarcie znakomitego, jak się miało okazać, koncertu.

Występ na dobre rozmachu nabrał w zaprezentowanym jako drugi „Speed of Light”, którego tytuł idealnie oddaje tempo i aranżację utworu. Znakomicie uzupełniające się mocne gitary i energiczna perkusja okraszone mocnym jak dzwon głosem szalejącego na scenie Dickinsona – toż to wizytówka Iron Maiden! Znalazł się w tym kawałku dość długi fragment, w którym instrumentaliści mogli zaprezentować swoje momentami wirtuozerskie umiejętności. Obok wspomnianych Harrisa, Gersa i Dickinsona Iron Maiden tworzą gitarzyści: Dave Murray, Adrian Smith, a całość tego znakomicie się rozumiejącego muzycznego kolektywu uzupełnia perkusista Nico McBrian. Po „Speed of Light” Bruce po raz pierwszy ze sceny podniósł biało-czerwoną flagę. Było to przy okazji pierwszego utworu z dawnego, klasycznego już repertuaru, którym był na poły balladowy „Children of the Damned” ze znakomitej płyty „Number of the Beast” z 1982 r. Śmiało można napisać, że ten album – pierwszy nagrany z Brucem Dickinsonem na wokalu (przedtem wokalistą był Paul Di’Anno) – to jedno z arcydzieł muzyki heavymetalowej. Następnie nastąpił dobry moment na kilka słów przywitania. Dickinson powiedział m.in.: „Byliśmy tu, w Polsce, po raz pierwszy w 1984 roku. Wiele się od tego czasu zmieniło. Odzyskaliście wolność”.

Znacznie przesadził jednak mówiąc, że jest to największe „rock’n’rollowe widowisko w naszej historii”. Może miał na myśli historię występów Iron Maiden w Polsce, choć w tym przypadku także by się mylił, bo panowie grali już w naszym kraju większe koncerty. W Polsce brytyjski zespół pojawiał się bardzo często, po raz pierwszy w 1984 r. Wówczas zespół grał m.in. we wrocławskiej Hali Stulecia, ale i poznańskiej Hali Arena, a muzycy dodatkowo zdecydowali się również na legendarny spontaniczny występ… na weselu w klubie Adria!

Wróćmy jednak do tego, co działo się we Wrocławiu. A działo się niezwykle dużo! Jako kolejne usłyszeliśmy kolejne utwory z najnowszej płyty: „Tears of Clown” i „The Red and The Black”. Ten pierwszy, o znamiennym tytule, to przejmujący numer, który muzycy dedykują zmarłemu dwa lata temu wybitnemu aktorowi Robinowi Williamsowi. Drugi natomiast jest zaś świetnym przykładem szerokiej skali głosu Dickinsona i tego, jak osiąga on różne rejestry. Poza tym „The Red and The Black” ma też charakterystyczny zaśpiew, świetnie podchwycony przez publiczność i znakomite rytmiczne, momentami marszowe brzmienie. W tym monumentalnym utworze na pograniczu metalu symfonicznego gitarzyści Maidenów pokazali kolejny ich znak rozpoznawczy, czyli wymienianie się solówkami. Znakomita kompozycja, aczkolwiek jeszcze lepiej wypada w wersji studyjnej, „doprawiona” partiami klawiszy. To co najlepsze w koncercie, ciągle dopiero było przed nami. Do tych wisienek na torcie niewątpliwie można zaliczyć wykonany jako następny, kapitalny, energetyczny utwór „The Trooper”, który oczywiście Dickinson wykonał trzymając w dłoniach sztandar z flagą Wielkiej Brytanii.

Na tę okoliczność zmieniła się także animacja na ekranie (jak zresztą wielokrotnie podczas koncertu). Tym razem Eddie był w brytyjskich barwach, takich, jakie znamy z okładki singla tego przeboju, którego rytm świetnie oddaje szarże kawalerii. W tym kawałku Dickinson wzniósł się na wyżyny nie tylko wokalne, ale i swego scenicznego zaangażowania. A to, jak znakomitym jest showmanem i interpretatorem śpiewanych przez siebie teksów, udowodnił także podczas kolejnego przeboju z lat 80., którym był tytułowy, rozbudowany numer z płyty „Powerslave” (1984 r.). Zaśpiewał go tradycyjnie w czarnej skórzanej masce, a pozostali muzycy także tutaj mieli miejsce na melodyjne solówki. Po tej sentymentalnej podróży do najlepszej dla Maidenów dekady wróciliśmy do utworów z ostatniej płyty, którymi były tym razem przebojowe „Death of Glory”, w którym fani imitują ruchy małpy (sam Dickinson wystąpił zresztą z zawieszoną pluszową małpką na szyi) i tytułowy „The Book of Souls”, który brzmi bardzo przestrzennie i mistycznie. Dickinson śpiewa tu w sposób niemal natchniony. Jest on zresztą autorem kompozycji, którą napisał wspólnie z Janickiem Gersem. Ten utwór ma piękne, delikatne otwarcie. Gdyby ktoś nie znał twórczości Ironów, mógłby się zdziwić. Przy okazji tej piosenki na scenie pojawił się gigantyczny Eddie, któremu między nogami przebiegał Gers i z którym „walczył” Dickinson. Ostatecznie wokalista pokonał potwora, a wyrwane serce rzucił publiczności! Moment pojawienia się Eddiego i jego zachowanie na scenie było oczywiście jednym z najbardziej efektownych momentów koncertu. Później Eddie jeszcze do nas wrócił. Z tyłu sceny widoczna była bowiem jego olbrzymia głowa, która na nas złowieszczo zerkała.

Ostatnia część zasadniczej części koncertu to zaś absolutna Maidenowa klasyka, którą rozpoczął „Hallowed by the Name”. Ten utwór, dramatyczna opowieść skazańca (na tę okoliczność Dickinson nakłada na siebie sznur od szubienicy) to kolejna z wizytówek tego zespołu! Imponowały w niej zwroty melodyczne, zmienność solówek czy śpiew Dickinsona, momentami pozbawiony akompaniamentu. Zresztą fragmenty śpiewane a cappella to, podobnie jak np. wymiana solówek wśród gitarzystów, jeden z Maidenowych patentów.

Po tym kolejnym przedstawicielu płyty „Number of the Beast” przyszedł czas na tytułowy utwór z albumu „Fear of the Dark” (1992 r.). Ten kawałek to świetny przykład tzw. rocka stadionowego. Utrzymany jest w konwencji hymnu. Ten tytułowy tekst gromko i magicznie wyśpiewywany przez publiczność ciągle siedzi w mojej głowie. Chóralne śpiewy w niemal kompletnych ciemnościach to było niemal metafizyczne doświadczenie i bez wątpienia jeden z piękniejszych fragmentów koncertu. Ciarki przeszły po plecach, emocje były niedefiniowalne. Na koniec zasadniczej części koncertu usłyszeliśmy zaś inny klasyczny kawałek formacji, czyli „Iron Maiden”. Był to jedyny numer na koncercie z tak samo zatytułowanego debiutanckiego albumu formacji z 1980 r. (w wersji studyjnej śpiewał go więc Di’Anno). Podobnie jak na płycie zabrzmiał on niemal hardrockowo. Na koniec Nico McBrian wyrzucił kilka pałeczek w rozentuzjazmowaną publiczność, a później zespół zszedł ze sceny. Dla wszystkich oczywiste było jednak, że to nie koniec.

[img:2]

Maideni nie kazali na siebie długo czekać ze spodziewanym bisami i już po chwili szaleliśmy przy tytułowym, motorycznym numerze ze wspominanego już albumu „Number of the Beast”. Utwór traktujący o strachu przed opętaniem przez diabła (wielu opacznie sądzi, że jest oddaniem mu czci) wypadł imponująco, a na jego okoliczność wielka diabelska postać pojawiła się za muzykami. Dickonson biegający po scenie, szalejący za perkusją Nicko McBrian i czterej gitarzyści tworzący imponującą ścianę dźwięku to była kwintesencja tego koncertu! Potem usłyszeliśmy jeszcze poprzedzone pacyfistyczną przemową wzruszające „Blood Brothers” (z płyty „Brave New World” – pierwszej nagranej w sześcioosobowym obecnym składzie) i kończące całość imponujące „Wasted Years” (autorstwa Adrian Smitha, który na koncercie świetnie współpracował zwłaszcza z Dave’em Murrayem), jedynego na koncercie przedstawiciela „Somewhere in Time” (1986 r.). Gdy z głośników popłynęło „Always Look on the Bright Side of Life” Monty Pythona z filmu „Żywot Briana” (1979 r.), to wiedzieliśmy, że występ zakończył się na dobre.

Koncert byłby niemal idealny, gdyby nie dwa fakty. Przede wszystkim nagłośnienie. Momentami charakterystyczne nuty, z których słynną Maideni, wydawały się jakby stłumione, słyszeliśmy pogłos, a nie czyste dźwięki. Szczególnie „odczuł” to McBrian, którego talarze, były momentami niesłyszalne. O wiele donośniej brzmiał głos Dickinsona. Co dziwne, przesadnie dla odmiany mocno nagłośniono go w momentach, w których wokalista przemawiał do publiczności. Drugim minusem była nieobecność w setliście kilku utworów, takich jak m.in. „Aces High” czy mój ulubiony z ich dorobku „Run to the Hills” (z 1982 r., z frapującym tekstem dotyczącym starć północnoamerykańskich Indian z żołnierzami amerykańskimi). Z drugiej jednak strony, znając repertuar wcześniejszych koncertów podczas tej trasy, mogliśmy się tego spodziewać. Koncert jednak należy ocenić bardzo wysoko. Muzycy byli świetnie dysponowani, nie tylko muzycznie, ale i witalnie. Dickinson śpiewał genialnie (warto pamiętać, że niedawno wykryto u niego guza na języku, na szczęście leczenie zakończyło się sukcesem), znakomicie intepretował teksty, a przez większość koncertu biegał i skakał po scenie jak nastolatek. Ponadto przeskakiwał przez głośniki, wchodził na różne elementy scenografii, walczył z Eddiem, nakładał brytyjską flagę na Gersa i podał wynik odbywającego się w tym czasie ćwierćfinału Euro 2016 Francja–Islandia (Iron Maiden to fani piłki nożnej; reprezentacja zespołu zmierzyła się dzień wcześniej w meczu przeciwko dziennikarzom). Ponadto jego okrzyki „Scream for me, Wroclaw! Scream for me, Poland!” wydawały się szczere i autentyczne.

McBrian stworzył oddzielny show za swoim zestawem perkusyjnym, a trójka gitarzystów cały czas świetnie współbrzmiąca i uzupełniająca się podczas koncertu prześcigała się nie tylko w solówkach, ale gitarowych wygibasach. Tu prym zdecydowanie wiódł Gers. Oczywiście głównodowodzącym był Harris. Muzycznie było wszystko, co być powinno: galopujące rytmy, liczne zmiany tempa, melodyjne oraz energiczne riffy, wirtuozerska wymienność solówek, świetna współpraca gitar (zwłaszcza dwóch prowadzących) czy intensywna gra sekcji rytmicznej. Dopisała także publika, która niemal w całości wypełniała stadion i raz jeszcze udowodniła, że Maideni mają bardzo oddanych i świadomych wielbicieli. Takiej liczby fanów w koszulkach swego zespołu nie widziałem przy okazji żadnego koncertu (nie tylko na teren Stadionu, ale ogólnie we Wrocławiu). A koncertów widziałem naprawdę wiele. Widownia poza tym świetnie znała niebanalne, bo nawiązujące m.in. do historii, religii, filmu czy literatury, teksty Maidenów. Publiczność była bardzo aktywna, choć momentami ta „aktywność” (zwłaszcza w Golden Cirlce) stała się swoistą walką o przetrwanie, bo każdy chciał dotrzeć jak najbliżej swoich idoli. Oczywiście nie zabrakło także pogo, na które i ja się skusiłem. Do tego doszła jeszcze spektakularna scenografia, zbliżenia muzyków na wielkich ekranach (z których jeden nie działał) i siódmy muzyk zespołu – Eddie, pojawiający się w kilku wcieleniach. Ogień buchający co jakiś czas ze sceny, inne efekty pirotechniczne, mnóstwo świateł, wizualizacji i animacji oraz innych atrakcji potęgowały tylko efekt tego niezwykłego show. Widowiska, które każdy fan rocka czy metalu powinien przeżyć przynajmniej raz w życiu.

A można tego doświadczać także dzięki firmie Wyjazdownia (www.wyjazdownia.com), która od lat specjalizuje się w wyjazdach na koncerty światowych gwiazd odbywające się nie tylko w Polsce. Miałem przyjemność skorzystać z ich usług podróżując na opisywaną imprezę. Dzień wcześniej firma ta organizowała też wyjazdy na wspomniany na początku występ Black Sabbath.

Bilet dla autora relacji dzięki uprzejmości firmy TicketPro (http://www.ticketpro.pl)

Tekst: Michał Bigoraj
Zdjęcia: Zdjęcia dzięki uprzejmości Emi Music Polska

reklama
Copyright © INFOMUSIC 2017
Szanowny Czytelniku
 
 
Aby dalej móc dostarczać Ci coraz lepsze materiały redakcyjne i udostępniać Ci coraz lepsze usługi, potrzebujemy zgody na lepsze dopasowanie treści marketingowych do Twojego zachowania. Poufność danych jest dla INFOMUSIC.PL niezwykle ważna i chcemy, aby każdy użytkownik portalu wiedział, w jaki sposób je przetwarzamy. Dlatego sporządziliśmy Politykę prywatności, która opisuje sposób ochrony i przetwarzania Twoich danych osobowych. 
 
 
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych"). W związku z tym chcielibyśmy poinformować Cię o przetwarzaniu Twoich danych oraz zasadach, na jakich będzie się to odbywało po dniu 25 maja 2018 roku. Poniżej znajdziesz podstawowe informacje na ten temat.
 
Kto jest administratorem Twoich danych osobowych?
 
Administratorem, czyli podmiotem decydującym o tym, jak będą wykorzystywane Twoje dane osobowe, jest INFOMUSIC. Rejestr firm: INFOMUSIC z siedzibą w Gdańsku przy ul. Zielona 20/14  80-746 Gdańsk, Nr ewidencyjny: 112588, Numer VAT: NIP PL 584 2259505, REGON 192 886 210.  Szczegółowe informacje dotyczące administratorów znajdują się w naszej Polityce prywatności 
 
 
Jakie dane są przetwarzane ?
 
Chodzi o dane osobowe, które są zbierane w ramach korzystania przez Ciebie z naszych usług, w tym stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności udostępnianych przez INFOMUSIC,w tym zapisywanych w plikach cookies, które są instalowane na naszych stronach przez nas oraz naszych Zaufanych Partnerów.
 
Jakie są podstawy prawne przetwarzania Twoich danych osobowych?
Podstawą prawną przetwarzania Twoich danych osobowych w celu świadczenia usług, w tym dopasowywania ich do Twoich zainteresowań, analizowania ich i doskonalania oraz zapewniania ich bezpieczeństwa jest niezbędność do wykonania umów o ich świadczenie. Taką podstawą prawną dla pomiarów statystycznych i marketingu własnego administratorów jest tzw. uzasadniony interes administratora. 
 
Komu udostepniamy Twoje dane osobowe?
 
Twoje dane mogą być udostępniane w ramach grupy portali INFOMUSIC.PL. Zgodnie z obowiązującym prawem Twoje dane możemy przekazywać podmiotom przetwarzającym je na nasze zlecenie, np. agencjom marketingowym, podwykonawcom naszych usług oraz podmiotom uprawnionym do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa np. sądom lub organom ścigania – oczywiście tylko gdy wystąpią z żądaniem w oparciu o stosowną podstawę prawną. 
 
Pełna treść w polityce prywatności
 
Gdzie przechowujemy Twoje dane?
Zebrane dane osobowe przechowujemy na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego („EOG”), ale mogą one być także przesyłane do kraju spoza tego obszaru i tam przetwarzane. 

 
Jakie masz prawa?
 
Prawo dostępu do danych:  
W każdej chwili masz prawo zażądać informacji o tym, które Twoje dane osobowe przechowujemy. Aby to zrobić, skontaktuj się z INFOMUSIC.PL– otrzymasz te informacje pocztą e-mail. 
 
Prawo do poprawiania danych: 
Masz prawo zażądać poprawienia swoich danych osobowych, jeśli są one niepoprawne, a także do uzupełnienia niekompletnych danych.  Jeśli masz konto w INFOMUSIC.PL lub konto portalach grupy INFOMUSIC.PL, możesz edytować swoje dane osobowe na stronie swojego konta. 
 
Szczegółowe informacje dotyczące Twoich praw znajdują się w Polityce prywatności 
 
Dlatego też proszę naciśnij przycisk „ZGADZAM SIĘ, PRZEJDŹ DO SERWISU" lub klikając na symbol "X" w górnym rogu tego oka, jeżeli zgadzasz się na przetwarzanie Twoich danych osobowych zbieranych w ramach korzystania przez ze mnie z Usług  INFOMUSIC, w tym ze stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności, udostępnianych zarówno w wersji "desktop", jak i "mobile", w tym także zbieranych w tzw. plikach cookies przez nas i naszych Zaufanych Partnerów, w celach marketingowych (w tym na ich analizowanie i profilowanie w celach marketingowych). Wyrażenie zgody jest dobrowolne i możesz ją w dowolnym momencie wycofać.
 
Pełny regulamin i Polityka prywatności znajduje sie pod poniższym linkiem. Prosimy o zapoznanie się z dokumentem. https://www.infomusic.pl/page/rodo 
 
Zgadzam się, przejdź do serwisu Nie teraz