11 listopada 2017 14:00
Michał Bigoraj INFOMUSIC.PL

RELACJA: Queen i Adam Lambert w Atlas Arenie

Polska jest jednym z ulubionych krajów na trasach zespołu Queen + Adam Lambert (w Polsce wystąpili 7 listopada). Tak, napisałem zespołu. Koncertowego zespołu. Współpracy Briana Maya i Rogera Taylora z Queen z jednym z najbardziej popularnych amerykańskich wokalistów nie należy już bowiem rozpatrywać tylko w kategorii projektu. To bardzo profesjonalna i świetnie się rozumiejąca koncertowa maszyna, która z każdym rokiem tej kolaboracji wydaje się coraz lepiej naoliwiona.

Panowie odwiedzili nasz kraj już po raz czwarty (przedtem wystąpili we Wrocławiu w 2012 r., Krakowie w 2015 r. i w Oświęcimiu w 2016 r.). Tym razem pretekstem do tego była europejska część trasy, która w lecie tego roku miała swój początek jako tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Formalnie była ona zapowiadana jako taka, która miała celebrować 40-lecie wydania płyty „News of the World”, wydanej, co łatwo policzyć, w 1977 r. I istotnie - reprezentacja tego albumu w repertuarze koncertów odbywających się w jej ramach w Ameryce Północnej nie ograniczała się tylko do dwóch najbardziej znanych i wręcz kultowych kompozycji - „We Will Rock You” i „We Are the Champions”. Serwowano także mniej znane elementy płyty. W Europie, jak się okazuje, wykonują ich mniej.

 

[img:1]

 

Cała zaś scenografia niezmiennie nawiązuje swoją tematyką do ikonicznej okładki wspomnianej płyty, na której główną postacią był robot-android, podczas koncertów przedstawiany jako Frank (z pewnością na cześć jego autora, którym był amerykański rysownik Frank Kelly Freas). Ale nie tylko dlatego fani, wypełniający do ostatniego miejsca łódzką Atlas Arenę, mogli się poczuć jak po podróży wehikułem czasu. Muzyka, repertuar i nieustanne królewskie dostojeństwo w wykonaniu Maya i Taylora - to wszystko sprawiło, że była to artystyczna i sentymentalna uczta, której Lambert nie dość, że nie zakłócił, to swoją postawą dodawał jej momentami dobrego, choć innego posmaku.

A podczas łódzkiego koncertu naprawdę było się czym delektować! Jako preludium usłyszeliśmy wyśpiewane przez Lamberta słynne tytułowe frazy z utworu „We Will Rock You”. Właściwy koncert rozpoczął się soczyście rockowo od „Hammer to Fall”, który od strony muzycznej brzmiał tak, że można było poczuć się jak na koncertach Queen w 1986 r. z trasy Magic Tour. Muzyce nie przeszkadzał wokal Lamberta, który - co charakterystycznie niemal dla całego występu - swoje wokalne ozdobniki i własne interpretacje ograniczył do minimum, starając się śpiewać w podobny sposób do nieodżałowanego Freddiego Mercury’ego.

 

[img:2]

 

Oczywiście barwa głosu legendarnego lidera Queen jest nie do podrobienia… Podobnie jak dźwięki wydobywające się z słynnego Red Special. Gitara Briana Maya, bo o niej oczywiście mowa, od początku była jednym z głównych bohaterów koncertu - i to nie tylko dlatego, że specjalnie zaprojektowana scena miała jej kształt - a zaprezentowane jako kolejne „Stone Cold Crazy” i „Tie Your Mother Down” skutecznie przypomniały co niektórym, że Queen był (jest!) zespołem przede wszystkim rockowym opartym na gitarowym brzmieniu! Oczywiście skutecznie poruszał się on też w innych muzycznych gatunkach. Nawet tak odległych od rocka jak tych z pogranicza funka i disco. A przecież w tej konwencji utrzymany jest, zaprezentowany jako kolejny, jeden z największych hitów zespołu „Another One Bites the Dust”.

Trzeba przyznać, że „czarny” feeling tego, nienależącego do moich ulubionych, utworu wyjątkowo leży Lambertowi. Do tego stopnia, że śpiewa on go także podczas swoich solowych koncertów, o czym mogliśmy się przekonać 30 kwietnia zeszłego roku na warszawskim Torwarze. Lambert tradycyjnie najlepiej czuł się jednak w utworach nie tych zadziornie rockowych, ale tych bardziej melodyjnych i utrzymanych w musicalowo-teatralnej konwencji. Było tak nie tylko dlatego, że miał w nich prawo w większym stopniu do własnej wokalnej interpretacji, ale także (a może przede wszystkim) dlatego, że może w nich wykorzystać swój aktorski pierwiastek.

 

[img:4]

 

I tak mogliśmy podziwiać efektowne i wbrew obawom niektórych wcale nie kiczowate show przy okazji „Killer Queen”, podczas którego Adam śpiewał z perspektywy podnoszącej się ku górze głowy wspomnianego Franka, czy też „Bicycle Race”, które, nawiązując wprost do tytułu i tematyki utworu, zaśpiewał w dużej części pedałując po scenie na różowym rowerze. Ten utwór - w którym część fanów zarówno Queen, jak i Lamberta dzwoniła prawdziwymi rowerowymi dzwonkami lub akcesoriami czy aplikacjami je imitującymi - był poprzedzony (podobnie jak na koncertach Queen z przeszłości) zagranym kilka minut wcześniej i utrzymanym w stylu country numerem „Fat Bottomed Girls”, do którego nawiązuje w swoim tekście (oba pochodzą z jednego albumu „Jazz” z 1978 r. i były wydane na jednym singlu). Poza musicalem, wodewilem (z którym przecież utożsamiany jest też „Killer Queen”) czy country mieliśmy też dla kontrastu np. coś ocierającego się w oryginalnej, studyjnej wersji (z albumu „A Dat at the Races” z 1976 r.) o gospel. Mam na myśli oczywiście „Somebody to Love”, które Lambert poprzedził tradycyjną opowieścią o potrzebie miłości, ale zaśpiewał znakomicie modulując głosem.

A skoro już przy miłości jesteśmy, to oczywiście jednym z absolutnie najważniejszych elementów koncertu było magiczne „Love of My Life”, zagrane na gitarze akustycznej i zaśpiewane przez Maya. Temu utworowi towarzyszyły tradycyjne wypowiedzi „wzruszonego jak nigdy” i „ocierającego łzy” Briana (który, co już może jest humorystyczne dla niektórych, stwierdził, że „nigdy nie słyszał piękniejszej interpretacji”). Publiczność także tradycyjnie „rozświetliła” wówczas halę (głównie za pomocą telefonów komórkowych i zapalniczek) oraz bardzo wydajnie wspomagała gitarzystę w śpiewie, wykazując się jak zwykle idealną znajomością tekstu.

 

[img:5]

 

Dla mnie delikatny i melodyjny głos Briana mógłby być głównym wokalem także przy okazji jeszcze innych utworów. W „Love of My Life” - które śpiewał siedząc na wysuniętym fragmencie sceny (będącym docelowo wybiegiem dla muzyków), która stanowiła imitację gryfu jego Red Special - sprawdza się znakomicie. Próbkę tego, jak śpiewa Brian, mieliśmy też okazję usłyszeć choćby przy okazji nadspodziewanie dobrze wykonanego też przez Lamberta „I Want It All”, w którym May odpowiadał za tzw. backing vocal, podobnie jak w studyjnej wersji utworu, znanej z płyty „The Miracle” (1989 r.).

Na szczęście na koncertach z Adamem śpiewa także Roger Taylor. Perkusista Queen przez cały występ był w bardzo dobrej formie, zarówno wokalnej, jak i instrumentalnej. Prezentował się też… zdrowiej niż na kilku innych show, na których go widziałem, a na których momentami wyglądał na zmęczonego. „I’m in Love with My Car” - utwór z albumu „A Night at the Opera” i strony B singla „Bohemian Rhapsody” (oba z 1975 r.) - wypadł znakomicie i był jednym z najlepszych punktów koncertu. A śpiewający go w całości Taylor po raz kolejny udowodnił, że gdyby Rod Stewart potrzebował zastępstwa na jednym ze swoich koncertów, to mógłby z powodzeniem prosić o pomoc perkusistę. Jak wiemy, obydwaj panowie mają bardzo podobną barwę głosu. Ta barwa świetnie współgrała także z jakże innym głosem Lamberta w momencie, w którym obaj panowie wspólnie zaśpiewali „Under Pressure”.

 

[img:6]

 

Ten nagrany z Dawidem Bowiem utwór Taylor śpiewał już z perspektywy zestawu perkusyjnego, wysuniętego na przód sceny. Stało się tak dlatego, że bezpośrednio przed wspomnianym przebojem wykonał on imponujące solo, którego istotnym elementem był także „pojedynek” z drugim perkusistą, którym tym razem jest Taylor Warren. Ten ostatni zastąpił na tegorocznych koncertach syna Rogera Rufusa, który został nowym członkiem zespołu The Darkness. „Pojedynek” skutecznie pokazał spektrum technicznych umiejętności Taylora, ale także rzetelność Warrena.

Po „Drum Battle”, a przed wokalną częścią „Under Pressure” publiczności mógł się też bliżej zaprezentować stały basista formacji Queen + Adam Lambert Neil Fairclough. Jak wiemy, linia basu w „Under Pressure” jest jednym z najważniejszych elementów tego utworu i tu została ona właściwie wyeksponowana, zanim jeszcze usłyszeliśmy wokale. W oryginale grał ją oczywiście basista Queen John Deacon, do którego zabrakło mi choćby jednego nawiązania podczas koncertu (nie licząc jego udziału w fragmencie teledysku wyemitowanego w trakcie operowej części „Bohemian Rhapsody”). 

 

[img:7]

 

Nawiązania były oczywiście do Freddiego. Pojawił się on w ostatnim fragmencie „Love of My Life”, wyśpiewując z telebimu ostatnią zwrotkę tekstu. „Zmontowanie” jego wizerunku na ekranie i głosu z taśmy z grającym na żywo Brianem było prostym trickiem, ale dzięki niemu przeżyliśmy piękny i wzruszający moment. Tym razem Freddie nie śpiewał żadnej zwrotki przy okazji „Bohemian Rhapsody”. Lambert zaś tradycyjnie wygłosił laudację na jego cześć, podkreślając, jak wielkim i wyjątkowym wokalistą był, że sam jest jego fanem (a nawet, że go kocha) i nie próbuje go zastąpić, a jedynie wspólnie z Mayem i Taylorem (niezmiennie podkreślając, jakim zaszczytem są dla niego występny z nimi) „oddać hołd i celebrować muzykę Queen i Freddiego”. Niby to wszystko oczywiste, ale dobrze, że o tym wspomina.

 

[img:8]

 

Wróćmy zatem do żyjących muzyków obecnego wcielenia Queen. Poza wyżej wymienionymi, ostatnim z nich jest grający na instrumentach klawiszowych Spike Edney, przez niektórych nazywany piątym członkiem Queen, i to jeszcze za życia Freddiego. Z muzykami zespołu współpracuje bowiem zarówno na koncertach, jak i podczas nagrań studyjnych od ponad 30 lat.

Klawiszowe podkłady Edneya to bardzo istotny instrumentalny element show z Lambertem. Najistotniejszym dla wielu są jednak jedyne w swoim rodzaju gitarowe brzmienia wydobywające się spod palców Maya. Mogliśmy się nimi zachwycać podczas wszystkich utworów, ale także podczas tradycyjnego solo gitarowego, w skład którego wchodzi także solowy utwór Briana - „Last Horizon”.

 

[img:9]

 

Bezpośrednio przed nim mieliśmy też kawałek Adama. „Whataya Want from Me” (autorstwa m.in. Pink) wprowadziło konsternację wśród wielu, a ja poczułem się w jego trakcie jak w skeczu z „Latającego cyrku Monty Pythona”, w którym nagle wchodzi rycerz i wali mnie w głowę gumowym kurczakiem. Oczywiście spodziewałem się tego, ale jednak. Z drugiej jednak strony fakt, że na koncertach pojawia się ponownie (miało to już miejsce w przeszłości, także przy okazji innych utworów) solowy utwór Lamberta, jest dowodem jego coraz mocniejszej pozycji w tej formacji, a jednocześnie ukłonem wobec fanów (a właściwie fanek) jego własnej twórczości. Wielbicielek tych w Atlas Arenie też nie zabrakło, o czym świadczyły choćby słyszalne tu i ówdzie nastoletnie, dziewczęce piski.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Adam na koncertach z Queen prezentuje swoje poważniejsze i bardziej dystyngowane oblicze niż na występach solowych. Wyeliminował lub znacznie też ograniczył swoje odrażające dla wielu gesty z łapaniem się za krocze na czele (pozostało za to wymachiwanie językiem, ale bardziej stonowane). Mniej irytujące są też jego sceniczne kreacje i przebieranki, choć niektórzy uważają, że różowy ubiór i rower przy okazji „Bicycle Race” był wyraźnym nawiązaniem do jego homoseksualizmu, o którym szczerze i często mówi. Zmężniał, nabrał muskulatury. Coraz bardziej przypomina mi George’a Michaela. To, jak wygląda, jest jednak mniej ważne od tego, jak śpiewa. A wspólnie z Queen robi to (na ogół) bardzo dobrze, czego dowodem choćby brawurowe wykonanie cudownie energetycznego „Don’t Stop Me Now”, które, podparte instrumentalnym akompaniamentem Taylora i Maya, było jednym lepszych momentów tego wieczoru. Lambert nadspodziewanie swobodnie czuł się też w rock’n’rollowym „Crazy Little Thing Called Love”. Bardzo dobrze wypadły także hity formacji pochodzące, podobnie jak „Hammer to Fall”, z płyty „The Works” (1984 r.): „I Want to Break Free” i „Radio Ga Ga”, które w koncertowych wersjach nabierają ostrzejszego charakteru względem poprockowych i bardziej „wygładzonych” wersji studyjnych. Emocjonalny wokal Lamberta dobrze sprawdził się także w klasycznej balladzie „Who Wants to Live Forever”, zaśpiewanej do spółki z Mayem. Była ona poprzedzona wstępem z kompozycji „You Take Me Breath Away”, kolejnego stosunkowo mniej znanego utworu z lat 70. (z płyty „A Day at the Races”).

 

[img:10]

 

Wielu fanom brakowało jednak kawałków z płyty, której 40. rocznicę teoretycznie obchodziliśmy. Poza wspomnianymi został wykonany jeszcze odbiegający poziomem od reszty koncertu (za to pasujący do charakteru i temperamentu Lamberta) „Get Down, Make Love”. Zabrakło za to choćby wyczekiwanych przez wielu „Spread Your Wings” czy „It’s Late” (mi osobiście brakowało jednak bardziej utworów z innych płyt: „A Kind of Magic”, „These Are the Days of Our Lives”, „Seven Seas of Rhye” czy „The Show Must Go On” - zwłaszcza, że w przeszłości na koncertach z Lambertem dwa pierwsze śpiewał Taylor). Do tematyki płyty „News of the World” bardziej niż muzyka nawiązywała więc spektakularna scenografia, której głównym elementem był wspomniany na początku robot Frank (pojawiający się w różnej formie zarówno na ekranach, jak i na scenie) i różne wizualizacje, wśród których wrażenie robiła m.in. otwierająca koncert scena, w której robot rozbijał mur.

Scena, jak już wspomniałem, kolorami nawiązywała, do Red Special. Dominowała zatem czerń z domieszką czerwieni. Nie zabrakło także efektownej gry świateł (włącznie z zamontowanymi ruchomymi lampami i mnogością lustrzanych elementów), efektów pirotechnicznych i laserów, świetnie widocznych choćby podczas solo Briana, którego zresztą znaczną cześć gitarzysta Queen zagrał na robiącym kolosalne wrażenie specjalnym ruchomym podeście (na którym przedtem prezentował się też Lambert) umieszczonym kilka dobrych metrów nad poziomem sceny. Oczywiście Brian nie byłby sobą, gdyby nie zrobił sobie tradycyjnego, niezwykle efektownego selfie z publicznością.

 

[img:11]

 

Kilku utworów mogło zabraknąć, ale kilku innych po prostu absolutnie nie mogło. Tak jak np. kończącej zasadniczą część koncertu „Bohemian Rhapsody” i zagranych na spodziewane bisy „We Will Rock You” i „We Are the Champions”. Rapsodia jak zwykle porwała wszystkich, a każdej z trzech części (balladowy początek, operowy środek, a zwłaszcza hardrockowa końcówka) towarzyszyła prawdziwa euforia publiczności. Dwa wspominane przeboje z „News of the World” poprzedziła zaś słynna zabawa wokalna Mercury’ego z publicznością z koncertu na londyńskim stadionie Wembley z roku 1986 r., na potrzeby koncertów nazwana „Day-O” (od „słów” Freddiego). Dwa hity celowo obejrzałem z trybun (przez resztę koncertu stałem w Golden Circle), by móc w pełnej krasie podziwiać iście królewski odbiór muzyków i koncertu przez publiczność. Bez względu na miejsce, w którym miejscu się ona znajdowała, entuzjazm i podziw wobec bohaterów wieczoru wypełnił szczelnie każdy zakamarek Atlas Areny. Także wtedy, gdy artyści dziękowali już publiczności, a w tle leciała tradycyjnie napisana przez Briana Królewska wersja hymnu Anglii „God Save the Queen”. Nie bez przesady May wspomniał na koncercie, że śpiewanie to „narodowy sport Polakow”. Wszystko to odbywało się wśród spadającego konfetti, a Lambert na pożegnanie nałożył na głowę koronę (tak jak miał to w zwyczaju Freddie) i paradował w srebrnej kreacji. Na wyrost? Pewnie tak, ale z drugiej strony dystans, który pokazywał wobec swej roli w zespole i świadome (nie tylko na tej trasie), ale też niepozbawione dystansu nawiązywanie do Freddiego, dowodzi, że ma do tego prawo. Zwłaszcza że takie koncerty przeżywa się bardziej sercem niż rozumem, głównie za sprawą udziału w nich Maya i Taylora.

Cóż, wypada tylko dodać, że mam nadzieję, iż „Bóg będzie chronił Królową” („God Save the Queen”) jak najdłużej, bo choć Adam Lambert królem pokroju Freddiego nigdy nie będzie i nawet nie zamierza aspirować do tronu, to z każdą kolejną trasą coraz bardziej przekonuję się o słuszności tej współpracy.

Tekst: Michał Bigoraj
Zdjęcia: Jakub Janecki, Prestige MJM

Rock
reklama
Copyright © INFOMUSIC 2017