27 listopada 2008
03:28
Niedorzeczne The Residents - fotorelacja
Wczoraj grupa The Residents na jedynym polskim w klubie Stodoła promowała album "The Bunny Boy" oraz specjalne limitowane wydawnictwo "Postcards From Patmos" zawierające oryginalny podkład z serii wideo dostępnych na stronie internetowej grupy.
Zespół The Residents to jedna z najbardziej tajemniczych formacji jakie przyszło mi oglądać w przeciągu całego swojego życia. Muzycy przez cały koncert występowali z ciemnych kombinezonach imitujących królicze futro, odsłaniając poprzez wycięte otwory tylko oczy i usta. A zamiast smukłego rockowego wokalisty z gitarą, na scenie pojawił się nieco podstarzały brodacz, który przez pierwszą część podzielonego na dwa sety koncertu biegał po scenie w narzuconym na plecy czerwonym kocu, a przez drugą w nieco podartym i zszarzałym kostiumie szaraka. Image sceniczny grupy stanowił więc dla mnie swoistą wypadkową wizerunku Daft Punk, Kraftwerk i królików z kreskówki "Reagge Rabbits" wyświetlanej na 4FunTV.![[img:1]](/img/artykuly/zdjecia/niedorzeczne-the-residents-fotorelacja-the-residents-1656.webp)
Z tej niczym nieskrępowanej pomysłowości Amerykanów z The Residents i szaleństwa wynikło skrajnie niecodzienne wydarzenie, przypominające bardziej spektakl teatralny, performance, video-art, interaktywną grę niż typowy koncert z muzyką. Znalazły się w nim surrealistyczne wycieczki w stronę rocka, spora porcja popu, elementy pieśni rdzennych mieszkańców Ameryki, wstawki jazzowo-elektronicznych i dużo dużo konferansjerki wokalisty, który przez cały czas występ opowiadał historię zaginięcia brata przyjaciela zespołu.
The Residents bawili się doskonale, ja tak sobie. Wyszłam z koncertu, nota bene odbywającego się przy siedzącej publiczności, z mieszanymi uczuciami: z jednej strony zafascynowana, z drugiej zaś z poczuciem niedorzeczności i totalnej abstrakcyjności tego, co przed chwilą miało miejsce.
![[img:1]](/img/artykuly/zdjecia/niedorzeczne-the-residents-fotorelacja-the-residents-1656.webp)
Z tej niczym nieskrępowanej pomysłowości Amerykanów z The Residents i szaleństwa wynikło skrajnie niecodzienne wydarzenie, przypominające bardziej spektakl teatralny, performance, video-art, interaktywną grę niż typowy koncert z muzyką. Znalazły się w nim surrealistyczne wycieczki w stronę rocka, spora porcja popu, elementy pieśni rdzennych mieszkańców Ameryki, wstawki jazzowo-elektronicznych i dużo dużo konferansjerki wokalisty, który przez cały czas występ opowiadał historię zaginięcia brata przyjaciela zespołu.
The Residents bawili się doskonale, ja tak sobie. Wyszłam z koncertu, nota bene odbywającego się przy siedzącej publiczności, z mieszanymi uczuciami: z jednej strony zafascynowana, z drugiej zaś z poczuciem niedorzeczności i totalnej abstrakcyjności tego, co przed chwilą miało miejsce.Tekst & Foto: Ewa Kuba
więcej: www.residents.com
reklama
Może Cię zaciekawić:
