Jesus Christ Superstar w Teatrze Rampa (recenzja)
Jeden z najsłynniejszych musicali w dziejach gatunku. Widowisko, które jest także uznawane za rock operę. Zarówno jej wersja płytowa (z 1970 r.), jak i kinowa (z 1973 r.) cieszyła się ogromnym sukcesem. Tytuł, w którego licznych adaptacjach wzięli udział wybitni muzycy z Ianem Gillanem na czele – wokalistą Deep Purple, który śpiewał partie Jezusa na albumie. To od tego longplaya wszystko się zaczęło, to on dał początek musicalowej odsłonie dzieła. Dzieła, którego wyjątkowość i uniwersalność jest nadal aktualna i ujmująca.
Polscy widzowie mogli niedawno delektować się koncertową wersją tej sztuki. Wszystko dzięki ekipie twórców i aktorów z warszawskiego Teatru Rampa, którzy w ostatni piątek zorganizowali premierowy pokaz, dając kolejny dowód na to, że zaliczają się już do absolutnej czołówki teatrów muzycznych w naszym kraju.
Andrew Llyod Webber jest dla musicalu tym, kim Jean Michel Jarre dla muzyki elektronicznej. To właśnie ten pierwszy, mający na koncie także m.in. równie słynne „Evitę”, „Koty” czy „Upiora w Operze”, skomponował muzykę do „Jesus Christ Superstar”. Za teksty (libretto) odpowiadał Time Rice – wybitny twórca, autor m.in. libretta do „Evity” czy słów do utworów z filmu „Król Lew”. Początkowo całość pomyślana była tylko jako dwupłytowe wydawnictwo w konwencji rock opery, w której jednak muzyka instrumentalna była równie ważna co wokale i teksty. Klasyczne rockowe instrumentarium (gitary elektryczne i basowa, perkusja plus instrumenty perkusyjne) zostało wzbogacone gitarą akustyczną i sekcją dętą, a świetny dźwiękowy efekt całości dopełniały analogowe syntezatory Mooga. Nie zabrakło także chórów, muzyków symfonicznych i jazzowych, a więc rozmaitych muzyków z tymi grającymi na instrumentach smyczkowych włącznie. W całości możemy usłyszeć gitarę zarówno tworzącą długie, budujące nastrój wprowadzenia do kompozycji, jak i podczas solowych popisów.
Dobrze wyeksponowana jest także gitara basowa oraz instrumenty klawiszowe. Piosenki są zróżnicowane, ale jednocześnie tworzą całość, gdyż pewne motywy się przenikają i wracają w różnych utworach. Z drugiej strony nie może to jednak dziwić, gdyż całość wydawnictwa, jak zwykle w wypadku rock oper, była pomyślana jako concept album. To, że została wydana na początku tylko na płycie, wiązało się także z obawami twórców o odbiór kontrowersyjnego dzieła i jego realizacje na teatralnych deskach. W końcu tematyka była bardzo delikatna i dotyczyła ostatniego tygodnia życia Jezusa Chrystusa, przedstawionego tutaj jako idola pokolenia dzieci kwiatów. Idola ze wszystkim blaskami i cieniami takiej roli. Z jednej strony jest zatem uwielbienie, podziw i oddanie, a z drugiej wrogowie, niedowiarki i zazdrośnicy. Wydarzenia przedstawione są zatem zarówno z perspektywy zwolenników, jak i przeciwników Chrystusa. Przede wszystkim jednak z perspektywy Judasza, będącego równorzędnym wobec Jezusa bohaterem tego dzieła.
Wersja koncertowa pojawiła się niemal rok później i była na początku grana w 54 amerykańskich miastach. Artyści biorący w nich udział (m.in. Carl Anderson w roli Judasza i Yvonne Elliman jako Maria Magdalena, którzy wystąpili także później w wersji filmowej) pojawili się też w pierwszej scenicznej, musicalowej wersji rock opery, która na deskach debiutowała w październiku 1971 r. Za jej reżyserię odpowiadał Tom O’Horgan, premiera miała miejsca oczywiście na Broadwayu (w Mark Hellinger Theatre), a przez dwa lata sztukę wystawiono ponad 700 razy! W 1972 r. pokazano ją także na londyńskim West Endzie (w Palace Theatre), gdzie grano ją z powodzeniem przez osiem lat. Coraz większa popularność tego tytułu zaowocowała jego nową, „australijską” wersją (wystawianą od 1972 r. w Capitol Theatre w Sydney), a przede wszystkim kinową adaptacją musicalu w reżyserii Normana Jewisona. Ten pochodzący z 1973 r. film na dobre rozsławił już dzieło Webbera i Rice’a. Stało się tak za sprawą także aktorów, zwłaszcza świetnego w roli Judasza Carla Andersona oraz wcielającego się w rolę tytułową Teda Neeley’a, który grał ją w musicalu (w różnych wersjach) przez prawie 38 lat! Obaj za swoje role nominowani byli do Złotego Globu. Do sukcesu filmu przyczynił się także fakt, iż wiele scen kręcono w oryginalnych miejscach znanych nam z Biblii, a mających związek z życiem Jezusa, np. w Nazarecie, ruinach fortecy w Nahal Zohar, okolicach Morza Martwego, w ruinach Herodionu na Pustyni Judzkiej czy na pustyni Ber Sheba.
Niemniej to pierwotna, albumowa i koncertowa wersja „Jesus Christ Superstar” do dziś uchodzi za najlepszą i do tej klasycznej koncepcji powrócili twórcy związani z Teatrem Rampa, prezentując nam swoją inscenizację tego ambitnego i wielogatunkowego wydawnictwa. A zrobili to w sposób zachwycający!
W spektaklu wszystkie utwory zostały zaprezentowane w polskim przekładzie. Ich autorem już wiele lat temu był Wojciech Młynarski do spółki z Piotrem Szymanowskim (tytuł w wersji musicalowej wystawiany był już w Polsce w przeszłości na scenach m.in. Teatru Muzycznego w Gdyni, Teatru Muzycznego w Łodzi czy Teatru Rozrywki w Chorzowie, w którym nie zszedł z afisza do tej pory). W moim odczuciu bardzo dobrze oddali oni sensu utworów, wśród których znalazły się zarówno emocjonalne, podniosłe songi, wzruszające ballady, jak i energiczne, wielogatunkowe piosenki. Oczywiście nie zawsze udało się uniknąć tłumaczenia wywołującego uśmiech na ustach (przykład: „– Trzydzieści sztuk srebra do Twych skapnie łap. Dowiedzieć się chcemy, gdzie można Go znaleźć. – Samego, bez tłumu… – I wtedy Go cap!”), ale konwencja sztuki jest taka, by teksty były stosunkowo prosto i czytelne. Chodzi o musical o tak czytelnej strukturze i przesłaniu, że każdy na swój sposób powinien móc je odczytać. Dlatego też tak ważne są tu symbole.
Twórcy i artyści Rampy właśnie na symbolikę postawili, stosując minimalistyczne środki wyrazu i skupiając się na grze aktorskiej, interpretacjach wokalnych i choreografii. Scenografia była zaś stonowana i przez cały czas sztuki taka sama. Oczywiście poza różnymi akcesoriami i dodatkami, które pojawiały się w poszczególnych scenach, jak np. kamienie, którymi chciano rzucać w Marię Magdalenę czy koc (lub coś w jego rodzaju), na którym miała miejsce Ostatnia Wieczerza. Na scenie cały czas widoczny był także krzyż, który wykorzystano oczywiście dopiero w końcowej części sztuki. Sztuki, której reżyserii podjął się tym razem naczelny choreograf Rampy Santiago Bello, odpowiedzialny także oczywiście za choreografię. W reżyserii tej inscenizacji pomagał mu kierownik Sceny Muzycznej Teatru Jakub Wocial (asystował im także aktor Robert Tondera), który w musicalu wcielił się w role Jezusa Chrystusa. Właściwe jedyne, do czego można się lekko przyczepić odnośnie jego kreacji to fakt, że… mało był on do Jezusa podobny. Jego zarost i fryzura powinny być bardziej obfite i stylizowane na Chrystusa. To jednak drobiazg, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, iż Judasza nie grał, tak jak w wersji kinowej, czarnoskóry aktor... Żarty na bok. Wocial świetnie sprawdził się w tytułowej roli. Potrafił śpiewać w zróżnicowany sposób. Bardzo przekonująco wypadał zarówno w stonowanych balladach, jak i przepełnionych emocjami podniosłych pieśniach. Plastycznie swoją grą okazywał strach, ból, gniew i inne stany. Jeszcze większe pole do popisu miał jednak obsadzony w roli Judasza Sebastian Machalski, moim zdaniem najlepszy aktor tego widowiska. Swoją grą świetnie obrazował rozterki i wewnętrzną walkę, którą, jak wiemy, jego bohater niemal przez cały czas ze sobą toczył. Jego mimika, gestykulacja, wkładane emocje, a przede wszystkim bardzo dobre, choć różnorodne partie wokalne sprawiały, że prezentował się znacznie lepiej niż w „Rapsodii z Demonem”, w której zresztą wypadł bardzo poprawnie, ale bez błysku. Tu ten błysk z pewnością był.
Wisienką na torcie podczas jego występu okazały się znakomite interpretacje utworów w oryginalne znanych jako „Heaven on Their Mind” otwierającego (nie licząc uwertury) spektakl czy kombinacji „Damned for All Time” i „Blood Money”, traktujących o momencie, w którym zdecydował się on wydać i zdradzić Jezusa. W tym fragmencie dobrze wypadają także Kajfasz (Paweł Tucholski) i Annasz (w którego wcieliła się Agnieszka Fajlhauer) oraz chór. Machalski mimo niewątpliwie trudnej roli cały czas posługiwał się dobrą dykcją, co sprawiało, że teksty były zrozumiałe. Zresztą, żaden z aktorów nie zawiódł. Co ważne, podczas wielu scen zbiorowych żadna z osób na scenie ani przez moment nie „wychodziła” z roli. Poprawnie zagrana była także postać Marii Magdaleny, w którą wcieliła się Natalia Piotrowska. Ale tutaj wspomnianego błysku już zabrakło. Większości rola kojarzy się ze świetną filmową kreacją z 1973 r. Yvonne Elliman. W jej przypadku było widać mnóstwo pasji, miłości, bólu. Tego w wykonaniu Piotrowskiej mi zdecydowanie zabrakło. Jej interpretacje były poprawne, ale zbyt do siebie podobne i pozbawione autentyzmu. Szczególnie przy okazji jej solowego wykonania „I Don’t Know How to Love Him” – dla wielu najbardziej znanego utworu z „Jesus Christ Superstar”.
Pochwalić za to należy tancerzy. Choreografia świetnie współgrała z prezentowaną treścią. Była trudna, efektowna, ale nie efekciarska, kładła duży nacisk na symbolikę. Było w niej wiele elementów analogicznych do wspomnianego już wielokrotnie filmu. Zresztą twórcy zadbali o wiele detali znanych nie tylko z kinowej wersji dzieła, ale także musicalowych adaptacji. Do tych detali można zaliczyć choćby obecność kapłanki (w tej roli popularna aktorka serialowa Brygida Turowska) czy „rozrywkową” (kabaretowo-wodewilową i przepełnioną czarnym humorem, choć ograniczoną do jednego tylko utworu) rolę Heroda, w którego wcielił się ze znany z występów serialu „Klan” Daniel Zawadzki. Przy takiej wierności w odwzorowaniu detali dziwi bardzo fakt za dużej liczby osób podczas Ostatniej Wieczerzy. Jezusowi towarzyszyło bowiem nie trzynaście, a dwanaście osób symbolizujących Apostołów. Ciekawe, czy taka wpadka była zamierzona. Jeśli tak, to po co?
Wielką zaletą inscenizacji zaproponowanej przez Teatr Rampa był zespół akompaniujący na scenie aktorom. Wystąpił on pod kierownictwem Tomasz Filipczaka, który grał także na instrumentach klawiszowych oraz dyrygował sekcją dętą. W niej na szczególne wyróżnienie zasłużył grający na przemian na flecie, klarnecie i saksofonie tenorowym Mariusz Mielczarek. Na pierwszym z tych instrumentów miał nawet krótką solówkę. Zespół uzupełniali po dwaj gitarzyści i klawiszowcy, basista, perkusista i dodatkowy muzyk grający na różnych instrumentach perkusyjnych. Prezentowali się oni zarówno w elektrycznej, jak i akustycznej odsłonie. Siłą rzeczy ten band, złożony ze znakomicie rozumiejących się muzyków, nie był tak duży jak w przypadku oryginalnej, albumowej wersji rock opery. Niemniej jego aranżacja przypominała oryginał i udało się zachować charakterystyczne dla wydawnictwa sprzed ponad 45 lat żonglowanie tempem, energią i nastrojem utworów.
Sztuka będzie zapamiętana jednak przede wszystkim dzięki aktorom i tancerzom. Ci młodzi, pełni entuzjazmu ludzie bardzo profesjonalnie odegrali swoje role, tworząc dynamiczne, a zarazem zmuszające do refleksji widowisko. Widać było w nich pasję, zaangażowanie i radość z gry. Przede wszystkim jednak rzucało się w oczy to, że są świetnie rozumiejącym się kolektywem, co potwierdzili także na mini bankiecie po premierze, na którym podziękowano wszystkim twórcom (w tym autorce stonowanej scenografii i świetnie do niej pasujących kostiumów Dorocie Sabak czy odpowiedzialnemu za znakomitą oprawę świetlną oraz częściowo także reżyserię Tomaszowi Filipiakowi) odpowiedzialnym za sukces przedstawienia. A że był to sukces, świadczyć może reakcja wypełnionej oczywiście w komplecie sali, która owacyjnie podziękowała uczestnikom tego show. W jego trakcie parę razy dało się słyszeć entuzjastyczne reakcje charakterystyczne bardziej dla koncertów rockowych niż musicalowych. Słowa Dyrektora Rampy Witolda Olejarza, że był to ważny dzień w historii polskiego teatru, nie wydają się mocno przesadzone. Niemniej, ze względu na wymogi licencyjne kolejną okazją, by się o tym przekonać, będziemy mieć dopiero w przyszłym roku.
Tekst: Michał Bigoraj
Autorka zdjęć: Kinga Taukert, zdjęcia dzięki uprzejmości Teatru Rampa