27 sierpnia 2025 17:41
Michał Bigoraj INFOMUSIC.PL

Byliśmy na Rockowizna Festiwal 2025 w Poznaniu (21-23 sierpnia) - Relacja

Na festiwalowej mapie Polski wiele jest punktów zasługujących na uwagę. Festiwal Rockowizna jest bez wątpienia jednym z nich. Nie tylko dlatego, że jako jedyny odbywa się on ro(c)krocznie aż w trzech miastach i gromadzi czołówkę polskiego rocka, a także uznane gwiazdy z zagranicy. Na wyróżnienie zasługuje też z pewnością jego znakomita organizacja.

 [img:1]

 

Wszystkie powyższe zdania jak ulał pasują także do tegorocznej edycji. Byłem na jej „poznańskiej”, środkowej odsłonie (przedtem w dniach 9-10 sierpnia impreza miała miejsce w Gdańsku, a w ostatni weekend wakacji zagości ona w Krakowie). Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, na festiwalu rockowym najważniejsze są koncerty i to im poświęcę najwięcej uwagi w tej relacji. Już teraz jednak zdradzę, że wszystkie z nich rozpoczynały się i kończyły niemal punktualnie, co jest niezwykle rzadkie na tego typu imprezach. Co jednak najważniejsze, w parze z punktualnością szedł wysoki poziom artystyczny wykonawców. Czasem jednak ów poziom schodził na dalszy plan, bo ważniejsze okazywało się zaangażowanie artystów, okraszone często bardzo osobliwym poczuciem humoru.

Te słowa odnoszą się przede wszystkim do zespołu Lej Mi Pół, który swoim występem otworzył ten festiwal, co sami podsumowali słowami, iż „było to najbardziej chujowe otwarcie w historii tego festiwalu”. I choć oczywiście były to słowa wypowiedziane z przymrużeniem oka, to swoistym nawiązaniem do nich było pojawienie się na scenie festiwalowicza w stroju… penisa! Na koniec występu na scenie zjawił się także inny uczestnik imprezy, tym razem z wielkim dmuchanym łabędziem, nawiązującym do największego hitu formacji („Łabędź”). A jeśli dodamy do tego wszystkiego prześmiewcze, ironiczne teksty, ogromny dystans do siebie i fakt, że na telebimach pojawiały się przez cały koncert fotografie znanych osób, „ilustrujące” wyśpiewywane (i niepozbawione wulgaryzmów) teksty, to mamy obraz tego, że występy grupy z Bielska-Białej to bardziej satyryczny happening niż koncert w klasycznym tego słowa znaczeniu. Ale choć muzycznymi wirtuozami z pewnością nazwać ich nie można, to w swojej, głównie punkrockowej, autorskiej twórczości wplatają też ochoczo cudze fragmenty, tak jak choćby utwory zespołu KNŻ (Kazik Na Żywo), czyli „Tata Dilera” i „Andrzej Gołota”. Do tego dochodzą także covery (np. „Płonący rów”, będący pastiszem kawałka „The Roof is on Fire” zespołu Bloodhound Gang) oraz popularne w Internecie przeboje, ze wspomnianym „Łabędziem” i „Polibudą” na czele.

 

[img:2]

[img:62]

[img:4]

[img:5]

[img:6]

 

Poważniej, ale tylko trochę, było przy okazji występu kolejnego artysty, który zresztą wyluzowaną ekipę z Lej Mi Pół także w pewnym momencie na scenę zaprosił. Mowa o Zenku Kupatasie, który niedługo zacznie jednak występować pod prawdziwym nazwiskiem Grabowski. I też pod tym szyldem wyda w tym roku album „Jeszcze Raz to Samo”, na który składać się będą w połowie covery innych artystów. Na to wydawnictwo czekam z wypiekami na twarzy, bo to, co znamy już z „sieci” i co zaprezentował w Poznaniu Zenek, jest znakomite! „Dzieci” (znane też jako „Dzieci wybiegły”) Elektrycznych Gitar, „Maszynka do świerkania” Czesława Mozila, a zwłaszcza „Baranek” Kultu Kupatasa z kolegami z zespołu wykonuje wprawdzie z szacunkiem do oryginalnych wersji, ale z charakterystyczną dla siebie energią i wokalną „żonglerką”, w której momentalnie potrafi zmienić wysokość śpiewu, wokalną ekspresję, a nawet barwę głosu! Niezwykłą umiejętność płynnego przejścia od „dziecięcego” śpiewu do growlingu zaprezentował zwłaszcza przy swoich autorskich utworach, choćby kawałku „Serce” (dedykowanym swoim dzieciom), który nagrał jeszcze występując w zespole Kabanos. Koncerty Zenka nie mogą się też oczywiście obejść bez tego, że schodzi on ze sceny wprost do rozentuzjazmowanej publiczności. Choć „schodzi” to za duże słowo… Jest bowiem znoszony do niej na rękach, co jednak nie przeszkadza mu śpiewać! Szacun! Zenek wie, jak rozkręcić zabawę.

 

[img:7]

[img:8]

[img:9]

[img:10]

 

Po tym występie publika była rozgrzana już na dobre i mogła z właściwym namaszczeniem wziąć udział w lekcji historii, którą był „Projekt Punk” w wykonaniu zespołu Farben Lehre. Historia tego projektu sięga 2013 roku, kiedy zespół - wraz z licznymi gośćmi - zaprezentował go na Dużej Scenie Przystanku Woodstock. Zaowocowało to wydaniem płyty, na której znalazły się ikoniczne dla polskiego punk rocka utwory. I wybrane z nich usłyszeliśmy także w piątek. Wśród nich choćby „(Po co) Wolność” Kultu, „Powietrza” zespołu Moskwa, „Niezwyciężony” Armii czy „Kultura” z repertuaru formacji Zielone Żabki (teraz znanego jako Ga Ga Zielone Żabki). Zanim jednak usłyszeliśmy kończący całość „Defekt Mózgu”, czyli największy hit grupy Defekt Muzgó, mogliśmy posłuchać wielu mądrych i ważnych historii, które między utworami przemycał lider formacji, Wojtek Wojda. Uhonorował on m.in. zmarłych muzyków zespołu Strajk (w tym zespole występował jego brat, gitarzysta Farben Lehre, Konrad), a w ciepłych słowach mówił o wspomnianym Kulcie, którego covery grali w pierwszym okresie swojej działalności. Ciekawym akcentem były też słowa skierowane po angielsku do Wattie Buchana, wokalisty legendarnej grupy The Exploited, którego Wojtek wypatrzył w tłumie pod sceną. Niedługo później on sam pojawił się zaś na scenie ze swoją grupą. Ale przedtem wystąpił na niej jeszcze jeden artysta, który także na tym festiwalu zagrał. Mowa oczywiście o Siczce, który wraz z Farbenami zagrał „Pod prąd” swojej formacji KSU. Gospodarze sceny podczas tego znakomitego występu ze swego repertuaru zagrali „Ferajnę” i „Spodnie z GS-u”. A w tych i wszystkich innych utworach bardzo rzetelnie wspierał ich niespodziewanie Artur „Artie” Woźniak. Perkusista innej punkrockowej legendy, czyli grupy The Bill, zastąpił bowiem za bębnami Gerarda Klawe i ze swojej roli wywiązał się bardzo dobrze.

 

[img:11]

[img:12]

[img:13]

[img:14]

 

Artur, podobnie zresztą jak inni członkowie grupy The Bill, jest wielkim fanem formacji The Exploited, która zagrała jako kolejna. O jej liderze już tu wspominałem. Buchan ciągle jest żywym wcieleniem hasła „Punk’s not dead!” - czerwony irokez, zdjęta koszulka i sceniczna energia, z której nadal bije szczerość i wiara w to, co śpiewa. A wszystko w typowej dla punk rocka zwartej, trzy-cztero minutowej oprawie. Utwory The Exploited ciągle brzmią niezwykle energetycznie i choć zespół poprzez swoją ostrą muzykę i zaangażowane teksty „buntuje” (czego najlepszym artystycznym dowodem choćby kawałek „Fuck the System”, którego w Poznaniu oczywiście także nie zabrakło) już od kilkudziesięciu lat, to ciągle wydaje się to autentyczne. The Exploited był dla wielu największą gwiazdą tego festiwalu. Dużo ludzi przyjechało tu specjalnie dla nich, co można było zobaczyć na licznych koszulkach z nazwą formacji.

 

[img:15]

[img:16]

[img:17]

[img:18]

 

Ale wielu, w tym niżej podpisany, miało też koszulki zespołu Big Cyc, zwłaszcza te, na których irokez - podobny do tego, jak ma wokalista The Exploited - również był widoczny! Mowa oczywiście o ikonicznej okładce debiutanckiej płyty zespołu „Z partyjnym pozdrowieniem. 12 hitów w stylu lambada hardcore”, która w tym roku świętuje swoje 35-lecie, i którą w całości - w kolejności utworów takiej, jak na płycie - zespół zagrał w Poznaniu.

Otwierający całość „Berlin Zachodni”, kultowa „Wielka miłość do babci klozetowej”, dynamiczny „Kulig” (cover słynnego utworu zespołu Skaldowie), „Dzieci Frankensteina” (będący swoistą protoplastą polskiego rapu, o czym przypomniał ze sceny Krzysiek Skiba), prześmiewczy „Kapitan Żbik” czy ponadczasowa (i oby nie na nowo aktualna) „Ballada o smutnym skinie” nic nie straciły na swojej przebojowości! Na koniec zespół zaserwował nam swoje hity z płyt wydanych później („Rudy się żeni”, „Świat wg Kiepskich”, „Makumba”), przeplecione nowym numerem „Goła klata”, w którego nagrywaniu wziął udział m.in. Krzysztof Sokołowski z zespołu Nocny Kochanek, do którego to występu jeszcze wrócimy.

 

[img:19]

[img:20]

[img:21]

 

Po tym jednym z najlepszych koncertów na tej imprezie przyszedł czas na finałowy akcent dnia, którym był koncert zespołu Pull The Wire. Czego mogliśmy się na nim spodziewać? 

Zespół zaprezentował przekrojowy set, w którym często wracał wspomnieniami do swojej historii. Panowie po raz kolejny potwierdzili, że w kategorii łączenia punka z elementami „westernowymi” i „pirackimi” nie mają sobie równych! W koncercie, który zakończył się już po północy, usłyszeliśmy m.in. takie kawałki jak „Pirat drogowy” czy oczywiście „Papieros” - wszak tytuł koncertu to „20 lat od pierwszego papierosa”, co jest oczywistym nawiązaniem do 20-lecia formacji. Jubileusz uświetniła też  Karolina Majdan-Solecka z Rock’n’Fitness, która najpierw sama, a później wraz z koleżanką Ulą, pojawiła się na scenie, prezentując specjalnie na tę okazję przygotowane układy choreograficzne. I tym urodzinowym akcentem zakończyliśmy pierwszy dzień, który z całą pewnością był zdominowany przez muzykę punkrockową. 

 

[img:22]

[img:23]

[img:24]

 

Bardziej różnorodnie było drugiego dnia, ale pierwszy jego koncert był jeszcze swoistą punkową kontynuacją piątku. Punktualnie o 17.00 na scenie pojawił się bowiem wspomniany już wcześniej Siczka, który wraz ze swoją grupą KSU zabrał nas w niezwykłą muzyczną podróż, w której energiczny i bezkompromisowy punk mieszał się z subtelnymi, nieco folkowymi dźwiękami, które dla tego gatunku typowe przecież nie są. A zawdzięczaliśmy je bogatemu instrumentarium zespołu, na które składają się m.in. skrzypce, flet czy elektryczny kontrabas. Podczas tego występu nie zabrakło obowiązkowych hitów! „Moje Bieszczady”, słyszany już na tej imprezie „Pod prąd” czy „Jabol punk” pięknie komponowały się z licznym pogo i noszeniem - głównie młodej publiczności - na rękach. Ten i inne koncerty pokazały dobitnie, że zapotrzebowanie na muzykę punkową w Polsce ciągle jest duże, a słuchają jej nie tylko ci, którzy wiele lat temu pili jabole, ale nowa generacja fanów wciąż rośnie w siłę. I bardzo dobrze.

 

[img:25]

[img:26]

[img:27]

[img:28]

 

Swoich fanów ma też z pewnością formacja Flapjack, której występ można trochę traktować jako przystawkę przed daniem głównym, czyli sobotnim koncertem Acid Drinkers. Wszak Robert „Litza” Friedrich i Maciej „Ślimak” Starosta to nie tylko połowa oryginalnego składu „Kwasożłopów”, ale też założyciele Flapjack, który z założenia miał być pobocznym od „Acidów” bandem. Ten zespół, z koleżeńskiego muzykowania dla przyjemności, przerodził się jednak w poważny projekt, a grupa jak żadna inna w Polsce umiejętnie miesza w swojej twórczości rapcore z trash metalem, brzmiąc i wyglądając przy tym bardzo „amerykańsko”. Podczas Rockowizny mogliśmy się przekonać, że te „światowe” brzmienie ciągle pozostało i nawet jeśli ktoś nie lubi takiej muzyki czy „rapowania” w rocku, nie można wobec niej pozostać obojętnym.

 

[img:29]

[img:30]

[img:31]

[img:32]

[img:33]

 

Być może Flapjack, którego utwory są śpiewane po angielsku, celowo zagrał w piątek jako drugi, bezpośrednio przed nowojorczykami z krwi i kości, czyli członkami popularnej na całym świecie formacji Fun Lovin’ Criminals. Po ich występie spodziewałem się bardzo dużo, ale nie ukrywam, że się rozczarowałem. Mieszanie bluesa, jazzu czy hip-hopu z rockiem ma wprawdzie swoich zwolenników, ale na festiwalu rockowym stanowiło dość osobliwą odskocznię, której nie ratowały nawet dźwięki trąbki i elektronicznych instrumentów klawiszowych ani zagranie hitu „Scooby Snacks”. Amerykański feeling i luz bijący od muzyków mógł jednak robić wrażenie i był to być może najlepszy moment na festiwalu na tzw. chill-out. Cóż, być może o to właśnie chodziło organizatorom, umieszczając ich w line-upie imprezy.

 

[img:34]

[img:35]

[img:36]

 

Rockowy charakter festiwalu wrócił na dobre przy okazji występu szwedzkiej grupy Clawfinger, często w naszym kraju koncertującej. Jeden z tych występów miał miejsce choćby na zeszłorocznym Pol’and’Rock Festival. Wówczas byłem nim nieco rozczarowany, za to tym razem byłem mile zaskoczony. Sympatyczni, choć wyglądający groźnie (zwłaszcza basista André Skaug) panowie serwowali nam efektowną mieszankę melodyjnego metalu, przeplatanego rapem i elektroniką. Frontman Zak Tell (w dziedzinie wokalnej „rozpiętości” przypominający mi trochę naszego Zenka Kupatasę) tryskał humorem i miał znakomity kontakt z publicznością, z którą - przy okazji nowego utworu „Scum” - podzielił się choćby swoim stosunkiem do obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

 

[img:37]

[img:38]

[img:61]

 

O dziwo, znacznie poważniej było podczas koncertu Kultu, dla mnie jednego z najbardziej wyczekiwanych. Wprawdzie, jak doskonale wiemy, w repertuarze tej kultowej - nomen omen - grupy jest wiele utworów „zaangażowanych”, jak choćby „Arahja” czy „Polska” (których oczywiście w piątek także nie zabrakło), ale Kazik Staszewski często przeplata występy barwną, wesołą konferansjerką i zabawnymi anegdotami. Tym razem tego niemal nie było. Wpływ na to miała nie tylko „festiwalowa” długość występu (choć akurat Kult zagrał dłużej niż większość, którzy mieli do dyspozycji 60-70 minut), ale także fakt, że tego dnia dowiedzieliśmy się o śmierci wybitnego artysty, którym niewątpliwie był Stanisław Soyka. Z tego też powodu Staszewski rozpoczął koncert minutą ciszy jemu poświęconą. Było to wzruszające, a jednocześnie podniosłe wydarzenie, choć kilku idiotów nie umiało go uszanować. Wprawdzie zabawnych dykteryjek Kazika nie było, ale nie zabrakło kawałków o lżejszym wymiarze gatunkowym, takich jak skoczna „Brooklyńska Rada Żydów”, wakacyjny przebój „Gdy nie ma dzieci” czy zaśpiewany jak zwykle chóralnie nieśmiertelny „Baranek”. Całość, jak to zawsze na biletowanych koncertach Kultu bywa, zakończyli „Sowieci”.

 

[img:39]

[img:40]

[img:41]

 

Koncerty dnia drugiego zakończył występ formacji happysad, który trudno mi ocenić jednoznacznie. Mam bowiem duży szacunek i sympatię do zespołu Kuby Kawalca i Łukasza Ceglińskiego, ale zdecydowanie wolę oryginalne wersje ich utworów od nowych aranżacji. W takich dostaliśmy podczas tej piątkowo-sobotniej imprezy (koncert zakończył się bowiem po północy) choćby tak piękne kawałki jak „Łydka” czy „Zanim pójdę”. Na szczęście mniej eksperymentów było przy innych przebojach, takich jak „Wpuść mnie” czy „Taką wodą być”. Nie muszę chyba dodawać, że publiczność - a zwłaszcza jej damska część - znała teksty tych i innych utworów na pamięć i śpiewała je przez cały koncert razem z sympatyczną szóstką muzyków. To było godny finał drugiego dnia.

 

[img:42]

[img:43]
 

A co dostaliśmy dnia trzeciego i ostatniego? Ano, potężną dawkę muzyki tylko od polskich wykonawców (w odróżnieniu od dwóch poprzednich dni), za to przynajmniej w jednym wypadku brzmiącej na światowym poziomie! Jako pierwsi tego dnia zaprezentowali się weseli młodzieńcy z grupy Hamulec, która coraz pewniej radzi sobie na rodzimej rockowej scenie. Zanim jednak pokazali swój poznański set, mieliśmy okazję poznać ich bliżej - bowiem na polu namiotowym, na którym także ja byłem zakwaterowany, odbyło się spotkanie z nimi, poprowadzone - podobnie jak cały festiwal - w roli konferansjera z profesjonalizmem i swadą przez Mariusza Korpolińskiego.

Niedługo później muzycy grupy dali bardzo rzetelny koncert, w którym melodyjny rock przenikał się z metalem i elementami punku. Wyróżnić ich trzeba jednak nie tylko za oryginalną muzykę czy makijaż kojarzący się trochę z muzykami grupy Kiss, ale także za fakt, że swoje teksty śpiewają wyłącznie w języku polskim. Ale wszak, tak jak napisałem wcześniej, sobota była „polskim” dniem.

 

[img:44]

[img:45]

 

A jego drugim reprezentantem był zasłużony dla rodzimych ciężkich brzmień zespół Illusion. Dowodzony przez Tomasza Lipnickiego zespół zaprezentował przekrój swojej twórczości, w której hard rock przenika się z grungem. Zaangażowane teksty (choćby przebój „Nóż”), charakterystyczny wokal i ciężka, momentami wręcz metalowa stylistyka utworów to elementy wyróżniające ten występ. Niemniej na tle innych formacji zespół wypadł przeciętnie, głównie z powodu stosunkowo podobnie brzmiących i zaaranżowanych utworów.

 

[img:46]

[img:47]

 

Większą różnorodnością cechuje się Wojtek Szumański i jego wesoła ekipa, którzy wystąpili w następnej kolejności. Zaprezentowali oni nie tylko rozszerzone instrumentarium (m.in. skrzypce, saksofon czy banjo), ale przede wszystkim bezpretensjonalne, radosne granie, które porwało licznie zgromadzoną publiczność do wspólnej zabawy. Znakomicie wypadały zwłaszcza hity: skłaniający do refleksji „Kołowrotek” i radośnie urocza „Ballada o cyckach”. Szumański wyraźnie „wyrobił” się scenicznie, a jego konferansjerka, naturalny luz i dystans do siebie także „robią robotę”.

 

[img:48]

[img:49]

 

Słowa uznania należą się także formacji Myslovitz, której koncert był dla mnie chyba największym pozytywnym zaskoczeniem tego festiwalu. Szczególnie obawiałem się tego, jak wypadnie Mateusz Parzymięso. Wokalista i gitarzysta zespołu jest w nim już co prawda od sześciu lat, ale chyba zawsze będą mu towarzyszyć porównania do Artura Rojka. Oczywiście tego ostatniego zastąpić się nie da, ale barwa głosu i sposób interpretacji „nowego” wokalisty bardzo dobrze wpasowały się w muzykę grupy. A ona przecież brzmi tak samo jak za czasów świetności, które przypadały na lata 90. i pierwszą dekadę XXI wieku, bo odpowiadają za nią ci sami instrumentaliści. Ich występ miał jedną z największych frekwencji i był najbardziej subtelny, momentami - zwłaszcza przy okazji utworu „Długość dźwięku samotności” - wręcz melancholijny na festiwalu. Tylko „Peggy Brown” w tym wszystkim zabrakło…

 

[img:50]

[img:51]

 

Niczego nie zabrakło za to podczas koncertu zdecydowanie głównej gwiazdy tej imprezy, którą był reaktywowany w oryginalnym składzie zespół Acid Drinkers! Wprawdzie panowie pojawili się już w Gdańsku na pierwszej odsłonie tegorocznej Rockowizny, ale to przecież Poznań, w którym powstał zespół, jest ich prawdziwym domem! I w tym domu zostali przyjęci iście po królewsku! Gwoli formalności dodam, że oryginalny skład tworzą: wspomniani już Robert „Litza” Friedrich (gitara), Maciej „Ślimak” Starosta (perkusja), Dariusz „Popcorn” Popkowicz (gitara) oraz Tomasz „Titus” Pukacki (bas, wokal). Show skradł przede wszystkim ten ostatni. Wyraźnie rozluźniony (;-))„Titus” śpiewał z charakterystyczną dla siebie manierą i, jak zwykle, zabawiał zachwyconą publikę swoimi klasycznymi, polskimi i angielskimi powiedzonkami, na czele z ikonicznym „Pasuje?!”. A pasowało chyba wszystkim - mi na pewno!

Dostaliśmy inną setlistę niż w Gdańsku, ale nie zabrakło w niej zarówno autorskich hitów (np. „Anybode Home??!!”, „The Joker” czy „Pizza Driver”), jak i znakomitej, zagranej niemal z progresywnym rozmachem, wersji „Another Brick in the Wall, Part 2” Pink Floyd. Acid Drinkers po raz kolejny potwierdzili, że równie dobrze mogliby być czołowymi przedstawicielami nie tylko polskiego, ale i światowego trash metalu. I to nie tylko dlatego, że oni - w przeciwieństwie do Hamulca - śpiewają tylko po angielsku. To było show!

 

[img:52]

[img:53]

[img:54]

[img:55]

 

Ale spektakularne widowisko dali nam też kończący cały festiwal muzycy Nocnego Kochanka! Świętująca swoje 10-lecie formacja w koncercie, podczas którego płomienie ognia wybuchały nieustannie, zaprezentowała zarówno swoje sprawdzone hity (np. „Poniedziałek”, „Dziewczyna z kebabem”, „Koń na białym rycerzu”), utwory z tegorocznego krążka „Urwany film” (np. „Wódeczka”), jak i imponujący - świetnie podkreślony wspomnianymi wcześniej efektami pirotechnicznymi - „Thunderstruck” z repertuaru AC/DC, który zagrali na pierwszy bis. Wprawdzie tym razem (moim zdaniem na szczęście) Krzysiek Sokołowski z kolegami nie obnażyli się na życzenie publiczności (za to zrobili to niektórzy z jej przedstawicieli :-)), ale na scenie pojawiały się fanki, prezentując swoje wdzięki. To tylko dodało kolorytu temu i tak świetnemu widowisku - słusznie zaprezentowanemu na finał festiwalu.

 

[img:56]

[img:57]

[img:58]

[img:59]

[img:60]

 

Dodajmy na koniec, że była to impreza znakomicie zorganizowana! To, że koncerty rozpoczynały się i kończyły o czasie, to tylko jedna z jej wielu zalet. Bezbłędnie zaplanowana była także festiwalowa infrastruktura. Tereny sąsiadujące z lotniskiem Ławice były idealnie zagospodarowane! Wszystko było czytelnie rozmieszczone: pole namiotowe (na którym odbywały się także liczne animacje, w tym np. sportowa rywalizacja, wspomniane tu wcześniej zajęcia Rock’n’Fitness czy spotkanie z zespołem Hamulec), punkty gastronomiczne, stoiska z pamiątkami oraz merchem artystów.

Po stronie minusów wymienić mogę jedynie jeden, ale istotny - brak biura prasowego i miejsc do pracy dla dziennikarzy. Można też było odnieść wrażenie, że publiczności, która bawiła się bardzo żywiołowo, mogłoby być więcej (najwięcej ludzi oglądało moim zdaniem koncerty Kultu, Myslovitz, Acid Drinkers i Nocnego Kochanka). Prawdopodobnie tak by było, gdyby festiwal odbywał się nie w trzech, a w jednym mieście. Ale to właśnie poznańska edycja, jako jedyna trwająca trzy dni, była najbardziej rozbudowaną. I z pewnością też tą, na której było najzimniej!

Jeśli ktoś jeszcze waha się, czy wybrać się na ostatnią tegoroczną odsłonę w Krakowie, napiszę jasno i wymownie: TAK! Ja tam będę. Tyle tylko, że w przyszłym roku :-).

 

Tekst: Michał Bigoraj
Zdjęcia: Karolina Renc/Muzyczne Pocztówki Karoli

Zachęcamy też do obejrzenia reportażu z poznańskiej Rockowizny, który znajduje się na kanale Michał Bigoraj: porozmawiajmy (nie tylko) o muzyce. Link do niego poniżej:
https://www.youtube.com/watch?v=1w9Rk26nY_g&t=3939s

Metal Rock Alternatywa
reklama
Copyright © INFOMUSIC 2017
Szanowny Czytelniku
 
 
Aby dalej móc dostarczać Ci coraz lepsze materiały redakcyjne i udostępniać Ci coraz lepsze usługi, potrzebujemy zgody na lepsze dopasowanie treści marketingowych do Twojego zachowania. Poufność danych jest dla INFOMUSIC.PL niezwykle ważna i chcemy, aby każdy użytkownik portalu wiedział, w jaki sposób je przetwarzamy. Dlatego sporządziliśmy Politykę prywatności, która opisuje sposób ochrony i przetwarzania Twoich danych osobowych. 
 
 
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako "RODO", "ORODO", "GDPR" lub "Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych"). W związku z tym chcielibyśmy poinformować Cię o przetwarzaniu Twoich danych oraz zasadach, na jakich będzie się to odbywało po dniu 25 maja 2018 roku. Poniżej znajdziesz podstawowe informacje na ten temat.
 
Kto jest administratorem Twoich danych osobowych?
 
Administratorem, czyli podmiotem decydującym o tym, jak będą wykorzystywane Twoje dane osobowe, jest INFOMUSIC. Rejestr firm: INFOMUSIC z siedzibą w Gdańsku przy ul. Zielona 20/14  80-746 Gdańsk, Nr ewidencyjny: 112588, Numer VAT: NIP PL 584 2259505, REGON 192 886 210.  Szczegółowe informacje dotyczące administratorów znajdują się w naszej Polityce prywatności 
 
 
Jakie dane są przetwarzane ?
 
Chodzi o dane osobowe, które są zbierane w ramach korzystania przez Ciebie z naszych usług, w tym stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności udostępnianych przez INFOMUSIC,w tym zapisywanych w plikach cookies, które są instalowane na naszych stronach przez nas oraz naszych Zaufanych Partnerów.
 
Jakie są podstawy prawne przetwarzania Twoich danych osobowych?
Podstawą prawną przetwarzania Twoich danych osobowych w celu świadczenia usług, w tym dopasowywania ich do Twoich zainteresowań, analizowania ich i doskonalania oraz zapewniania ich bezpieczeństwa jest niezbędność do wykonania umów o ich świadczenie. Taką podstawą prawną dla pomiarów statystycznych i marketingu własnego administratorów jest tzw. uzasadniony interes administratora. 
 
Komu udostepniamy Twoje dane osobowe?
 
Twoje dane mogą być udostępniane w ramach grupy portali INFOMUSIC.PL. Zgodnie z obowiązującym prawem Twoje dane możemy przekazywać podmiotom przetwarzającym je na nasze zlecenie, np. agencjom marketingowym, podwykonawcom naszych usług oraz podmiotom uprawnionym do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa np. sądom lub organom ścigania – oczywiście tylko gdy wystąpią z żądaniem w oparciu o stosowną podstawę prawną. 
 
Pełna treść w polityce prywatności
 
Gdzie przechowujemy Twoje dane?
Zebrane dane osobowe przechowujemy na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego („EOG”), ale mogą one być także przesyłane do kraju spoza tego obszaru i tam przetwarzane. 

 
Jakie masz prawa?
 
Prawo dostępu do danych:  
W każdej chwili masz prawo zażądać informacji o tym, które Twoje dane osobowe przechowujemy. Aby to zrobić, skontaktuj się z INFOMUSIC.PL– otrzymasz te informacje pocztą e-mail. 
 
Prawo do poprawiania danych: 
Masz prawo zażądać poprawienia swoich danych osobowych, jeśli są one niepoprawne, a także do uzupełnienia niekompletnych danych.  Jeśli masz konto w INFOMUSIC.PL lub konto portalach grupy INFOMUSIC.PL, możesz edytować swoje dane osobowe na stronie swojego konta. 
 
Szczegółowe informacje dotyczące Twoich praw znajdują się w Polityce prywatności 
 
Dlatego też proszę naciśnij przycisk „ZGADZAM SIĘ, PRZEJDŹ DO SERWISU" lub klikając na symbol "X" w górnym rogu tego oka, jeżeli zgadzasz się na przetwarzanie Twoich danych osobowych zbieranych w ramach korzystania przez ze mnie z Usług  INFOMUSIC, w tym ze stron internetowych, serwisów i innych funkcjonalności, udostępnianych zarówno w wersji "desktop", jak i "mobile", w tym także zbieranych w tzw. plikach cookies przez nas i naszych Zaufanych Partnerów, w celach marketingowych (w tym na ich analizowanie i profilowanie w celach marketingowych). Wyrażenie zgody jest dobrowolne i możesz ją w dowolnym momencie wycofać.
 
Pełny regulamin i Polityka prywatności znajduje sie pod poniższym linkiem. Prosimy o zapoznanie się z dokumentem. https://www.infomusic.pl/page/rodo 
 
Zgadzam się, przejdź do serwisu Nie teraz