
The Offspring w Atlas Arenie
Do zespołu The Offspring mam szczególny sentyment. To właśnie muzyka ekipy, na której czele do dziś stoją Dexter (choć prawdziwie imię to Bryan) Holland i Kevin Wasserman, znany jako Noodles, towarzyszyła mi w dużej mierze, gdy byłem nastolatkiem. A robiła to przede wszystkim znakomita płyta „Americana” z 1998 roku, czyli czasów z pogranicza szkoły podstawowej i liceum. Na pierwszy swój koncert The Offspring, zorganizowany przez Live Nation Poland, nie jechałem jednak tylko z sentymentu, ale spodziewałem się znakomitej i energetycznej dawki muzyki. Nie zawiodłem się! ![[img:1]](/img/artykuly/zdjecia/c408ea1f-3cfb-40d9-ad48-56bf0461860c-min.webp)
Kalifornijscy punkowcy przyjechali do naszego kraju w ramach trasy „Supercharged Worldwide in ‘25”, promującej ich ubiegłoroczny krążek „Supercharged”. Ale zanim usłyszeliśmy jego pierwszego reprezentanta w postaci numeru „Looking Out for #1”, dostaliśmy trzy utwory, które przypomniały nie tylko przebojowy potencjał zespołu i jego muzyczną różnorodność, ale też zwiastowały, że łódzki koncert zaprezentuje przekrój repertuaru zasłużonego dla światowego punk rocka bandu. Koncert rozpoczęły bowiem energiczne kawałki „Come Out and Play” („Smash”, 1994), „All I Want” („Ixnay on the Hombre”, 1997) i „Want You Bad” („Conspiracy of One”, 2000). Dwa pierwsze krążki, z których utwory usłyszeliśmy na początek, miały też innych reprezentantów w Łodzi (podobnie jak i pochodzący z 2008 roku album "Rise and Fall, Rage and Grace"). Pierwszym numerem z wyczekiwanej przeze mnie „Americany” (z której ostatecznie, podobnie jak z albumu „Smash”, usłyszeliśmy cztery utwory) był żywiołowy „Staring at the Sun”, ale to nie na niego czekałem najbardziej…
Od samego początku koncertu ogromne wrażenie robiło jego znakomite nagłośnienie. Każdy dźwięk był słyszalny niemal jak w studyjnych wersjach! I mowa tu nie tylko o autorskim repertuarze. Zespół, poza utworami znanymi i tymi mniej popularnymi, oddał też hołd twórczości innych. Uhonorował przede wszystkim nieodżałowanego Ozzy’ego Osbourna, któremu zadedykował „Paranoid” (poprzedzony innym utworem Black Sabbath - „Electric Funeral”) oraz jego solowy „Crazy Train”. Były one jednak, zwłaszcza ten pierwszy, zagrane w bardzo skondensowanej wersji. Zbliżony długością do oryginału był za to punkowy klasyk Ramones - „I Wanna Be Sedated”, ale z repertuaru innych największe wrażenie zrobiło na mnie w pełni instrumentalne wykonanie „W grocie Króla Gór” - jednego z najbardziej rozpoznawalnych dzieł muzyki klasycznej, skomponowane przez Edvarda Griega. Na pierwszym planie był tu gitarzysta prowadzący - Noodles.
Umiejętności instrumentalne pokazał też Holland (chwile na solowe popisy miał także perkusista Brandon Pertzborn, efektownie prezentując się przy okazji „Gotta Get Away”), który jest nie tylko bardzo dobrym gitarzystą rytmicznym, ale w Łodzi zagrał także na fortepianie przy okazji wzruszającego utworu „Gone Away”, w którym za pomocą świateł w komórkach wspominaliśmy tych, którzy już odeszli! Jak często widzicie ten instrument na punkowych koncertach? Ale Holland nie tylko w doborze instrumentarium odchodzi od archetypu klasycznego punkowca. Wyobraźcie sobie bowiem, że ma on na swoim koncie doktorat z biologii molekularnej i jest licencjonowanym pilotem! Jego naukowy dorobek trudno mi ocenić, o wiele łatwiej jest z tym muzycznym, którego jest głównym twórcą. Jest też bardzo sprawnym i zabawnym konferansjerem, a jego wstawki między utworami, w których wtórował mu też Noodles, były świetnym uzupełnieniem koncertu. Ale najważniejsza była oczywiście muzyka - a jej najlepsza dawka poleciała, moim zdaniem, na zakończenie zasadniczej części koncertu. To właśnie wtedy usłyszeliśmy trzy kultowe numery ze wspomnianej na początku „Americany”: „Why Don’t You Get a Job”, „Pretty Fly” (For a White Guy”) i „The Kids Aren’t Alright”. I choć ten drugi uchodzi dziś za największy przebój zespołu, a trzeci oceniam jako muzycznie najlepszy w ich dorobku, to jednak dźwięki tego pierwszego doprowadziły mnie do łez wzruszenia! Przypomniały bowiem w pigułce stare, dobre - głównie licealne - czasy…
To wzruszenie nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie znakomita forma muzyków, którzy grali radośnie, energetycznie, ale jednocześnie z ogromnym zaangażowaniem! Utworom towarzyszyły efektowne wizualizacje na telebimach oraz imponujący zielony sterowiec unoszący się nad publicznością. A ta w Łodzi była znakomita! Wyjątkowo na koncercie siedziałem (choć na koniec oczywiście wstałem) na trybunach i miałem bardzo dobrą perspektywę, by ocenić ludzi stojących na płycie. Uwierzcie mi - niezwykle rzadko widzi się, by niemal cała płyta był tak zaangażowana w koncert! Mogliśmy to zauważyć choćby przy kawałku „Make It All Right” z ostatniej płyty (kiedy publiczność rytmicznie falowała rękami) czy zagranych na bis klasykach w postaci „You're Gonna Go Far, Kid” i „Self Esteem”, nieprzypadkowo kojarzącym się z „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Noodles skwitował to stwierdzeniem, że publiczność w Łodzi była najlepsza „W historii wszystkich koncertów i całej ludzkości”. Znakomity koncert!
Autor relacji: Michał Bigoraj
