
Uriah Heep w Hali Orion
Uriah Heep to, obok Deep Purple, kwintesencja muzyki hard rockowej. Znakomity mariaż klawiszowo-gitarowej instrumentalistyki, emocjonalny wokal, niebanalne teksty (często wręcz poetyckie lub ocierające się o baśniowe klimaty), rozbudowane koncertowe aranżacje utworów - to wszystko przez całą karierę charakteryzowało zespół, który w niedzielę dał prawdopodobnie swój ostatni koncert w naszym kraju.![[img:1]](/img/artykuly/zdjecia/b9f4764b-6971-492b-a482-a1470ad8aaac-min.webp)
Zanim jednak na scenie we wrocławskiej Hali Orion pojawili się zasłużeni dla światowego rocka Brytyjczycy, licznie zgromadzona publiczność miała przyjemność oglądać dwa zespoły supportujące – znakomicie dobrane do tej okazji. Były nimi kanadyjska formacja April Wine oraz szkocka grupa Heavy Pettin. Obie, co nie powinno dziwić, są szczególnie popularne w swoich krajach, ale nie są anonimowe także dla fanów światowego hard rocka. Ich energetyczne i zaangażowane występy okazały się świetną przystawką przed daniem głównym!
Pierwszym utworem, który usłyszeliśmy z bogatego repertuaru Uriah Heep, był energiczny „Grazed by Heaven”. Jest on przedstawicielem przedostatniego albumu formacji, „Living the Dream” z 2018 roku. Jeszcze nowszym numerem był „Save Me Tonight” – reprezentant ostatniego albumu „Chaos & Colour” z 2023 roku. Oba numery wypadły poprawnie i wprowadziły publiczność w odpowiedni nastrój, lecz fani najbardziej oczekiwali klasycznych kompozycji zespołu, zwłaszcza z pierwszej połowy lat 70., kiedy grupa była jedną z najpopularniejszych na świecie. I taki utwór dostaliśmy jako trzeci! „Shadows of Griefs” („Look at Yourself”, 1971 r.) to blisko 9-minutowy numer, będący świetnym przykładem tego, że grupa śmiało czerpała także z rocka progresywnego. Jego autorami są nieodżałowani David Byron i Ken Hensley – odpowiednio oryginalny wokalista i klawiszowiec (ale także wokalista, gitarzysta i autor tekstów) oraz główny kompozytor formacji, a więc muzycy, którzy mieli największy wpływ na muzyczne dziedzictwo zespołu. W tym momencie jedynym jego oryginalnym reprezentantem jest współzałożyciel i gitarzysta Mick Box. Wspólnie z nim obecny skład grupy tworzą: wokalista Bernie Shaw, perkusista Russell Gilbrook, basista Davey Rimmer i znakomity klawiszowiec Phil Lazon. Ten ostatni, który podobnie jak Shaw jest w zespole od 1986 roku, był moim zdaniem głównym bohaterem ostatnio wspomnianego utworu, a barwy, które wytwarza grając na analogowych i elektronicznych instrumentach klawiszowych, są niezwykle urzekające i robiły znakomite tło dla instrumentalno-wokalnych popisów kolegów. A śpiewał nie tylko Shaw, ale także wspomniany Box, który poza obowiązkami gitarzysty prowadzącego dobrze sprawdzał się też w roli wspomagającego wokalisty. Jako jedyny oryginalny członek zespołu został on też należycie uhonorowany przez Shaw’a i parokrotnie zabierał głos podczas koncertu. Najwięcej jednak mówił Shaw, który jest bardzo dobrym i wszechstronnym wokalistą, co udowodnił choćby w zagranych jako kolejnych numerach: bujającym klasyku „Stealin'” („Sweet Freedom”, 1973 r.) i dynamicznym „Hurricane” – drugim reprezentancie najnowszego krążka, w którym chwilę na swoje solowe popisy dostał Lazon.
Bardzo ważnym momentem tego koncertu był zagrany jako kolejny utwór „The Wizard” – jeden z najważniejszych w historii zespołu pochodzący z albumu „Demons and Wizards” z 1972 roku. Był to pierwszy singiel z tego albumu, który okazał się łagodną, półakustyczną balladą, której tekst opowiada o wędrowcu spotykającym czarodzieja. Taka „fantastyczna” tematyka była dla grupy charakterystyczna w tamtym okresie. Utwór okazał się także pierwszym singlem Uriah Heep, do którego powstał teledysk. Dla mnie przede wszystkim jest jednak pięknym przykładem tej bardziej subtelnej i lirycznej twarzy zespołu. Do takiej odsłony może zaliczyć także kolejną kompozycję zaprezentowaną we Wrocławiu, czyli „Sweet Lorraine”. Jego (Jej) współautorem jest Box, a zasłynęła ona przede wszystkim dzięki wykonaniom na żywo i solówki (solówce) na syntezatorze Mooga w wykonaniu Kena Hensleya, we Wrocławiu powtórzonej skutecznie przez Lanzona. Jest to utwór pochodzący z płyty „The Magician's Birthday” (1972 r.), z której za chwilę usłyszeliśmy efektownie rozbudowany i dłuższy niż w wersji studyjnej utwór tytułowy, w którym zespół bawi się muzyczną konwencją – zarówno wokalnie, jak i instrumentalnie.
Ale wielu znających koncertową setlistę zespołu oczekiwało już tego, co nastąpi po nim… A tym magicznym momentem były zagrane po sobie trzy wielkie hity zespołu: „Gypsy”, „July Morning” i „Easy Livin’”. Ten pierwszy to niezwykła kompozycja (składająca się z intro, outro i trzech zwrotek, pozbawiona klasycznego refrenu), która stanowi nieodłączny element występów zespołu na żywo. Debiutancki singiel zespołu otwierający ich pierwszy album (“...Very ’eavy... Very ’umble”, 1970 r.) we Wrocławiu wybrzmiał jak za najlepszych czasów. Niestety nie mogę tego napisać o „July Morning” („Look at Yourself”). Ta, stworzona przez duet Byron-Hensley, jedna z najpiękniejszych ballad rockowych wszech czasów, przez wielu kojarzona jest przede wszystkim ze względu na swój ikoniczny wstęp i popisy wokalne. O ile ten pierwszy aspekt Lazon oddał jak należy, o tyle Shaw niepotrzebnie zmieniał oryginalny sposób śpiewania i frazowania Byrona, odzierając tym samym trochę ten wybitny utwór z należytej magii i wielkości. Na szczęście nie eksperymentował on przy okazji „Easy Livin’” („Demons and Wizards”) – niezwykle energetycznego utworu, będącego prawdziwie skondensowaną hard-rockową petardą! Na uspokojenie – choć to utwór momentami wręcz heavy metalowy - dostaliśmy „Sunrise” („The Magician's Birthday”) – kolejny z tekstem nawiązującym do świata fantastyki.
Ale koncert mógł zakończyć tylko jeden utwór. „Lady in Black” („Salisbury”, 1971 r.), bo o nim oczywiście mowa, to największy przebój zespołu, choć raczej nie jest on specjalnie reprezentatywny dla jego twórczości. A to dlatego, że jest to kompozycja stosunkowo prosta (jak trochę prześmiewczo powiedział Shaw – oparta na dwóch akordach), w dodatku utrzymana nie w hard rockowym, ale folk rockowym klimacie (choć mocny rockowy akcent w finale utworu się pojawia). I ten folkowy rodowód utworu i jego pacyfistyczne przesłanie przypomniał wokalista formacji, który później zaśpiewał go – moim zdaniem – bez należytego szacunku dla oryginału, trochę tak, jakby to robił przy ognisku… Niemniej publiczność była zachwycona takim zwieńczeniem koncertu i chóralnie śpiewała z wokalistą słynny tekst refrenu. Zresztą publika może chwalić cały występ, w którym niezwykle melodyjne kompozycje przenikały się z emocjonalnym wokalem (często na wysokich rejestrach), bogatymi aranżacjami utworów, świetnymi tekstami (często metafizycznymi i surrealistycznymi) oraz interakcją z publicznością i znakomitą, bardzo wyrazistą grą muzyków. Może magia nie była tak duża jak dawniej, ale zespół – którego nazwa została zaczerpnięta z powieści Charlesa Dickensa "David Copperfield" – to nadal prawdziwi muzyczni czarodzieje.
Występ we Wrocławiu miał symboliczne znaczenie dla historii koncertów grupy w naszym kraju. To właśnie tutaj we Wrocławiu Uriah Heep zagrali swój pierwszy koncertw Polsce w 1989 roku. Co ciekawe, odbył się on podczas festiwalu… Jazz nad Odrą!
Niedzielny występ w ramach trasy The Magician's Farewell był zaś tym ostatnim, nie tylko w naszym kraju, ale w ogóle w tym roku. Wprawdzie zespół zamierza kontynuować tournée, a później dawać okazjonalne koncerty (np. przy okazji festiwalów), ale w kolejną trasę koncertową już nie wyruszy. Cieszę się zatem, że polski przystanek trasy pożegnalnej był tak udany!
Autor relacji: Michał Bigoraj
