
"Okazało się, że nie trzeba przepychać się z producentem ani iść na kompromisy. My się tutaj uzupełniamy i rozwijamy" – wywiad z Ewą Baran
Trip-hop to gatunek, który rzadko gości na naszych łamach. Postanowiliśmy to zmienić, mając do tego znakomity „pretekst”! A jest nim premiera EP-ki „Till I Wilt”, efektu wyjątkowej współpracy Ewy Baran (znanej jako Holy Høly) i Douga Jonesa (znanego jako Mudtown). Więcej o nim pisaliśmy niedawno. Teraz gruntownie przepytaliśmy zaś jego współautorkę. Nowe wydawnictwo było jednak tylko jednym z wielu tematów naszej przekrojowej rozmowy!
Archiwum prywatne Ewy Baran
Michał Bigoraj: Swoją twórczość zaliczasz do trip-hopu. Ten gatunek w naszym kraju nie cieszy się dużą popularnością. Być może dlatego, że jest stosunkowo nieoczywisty. Mieszają się w nim bowiem zarówno muzyka elektroniczna, hip-hop/rap, dub, a nawet elementy kojarzone z jazzem. Wielu utożsamia go też z samplami, perkusyjnymi loopami czy smutnym nastrojem utworów. A jak Ty definiujesz ten gatunek?
Ewa Baran: Kiedy słyszę Twoje pytanie, mam wrażenie, że definiujesz mnie samą. W domu słuchaliśmy zarówno Bacha, jak i jazzu, a przez całe moje dzieciństwo towarzyszyło mi pianino. Moje lata dojrzewania przypadły na muzykę, która docierała do nas z Seattle i Bristolu (miasta uznawane odpowiednio za „stolice” grunge’u i trip-hopu – przyp. M.B.). Ostatnio odkrywam również syntezatory i pracę nad dźwiękiem. Z elektroniką zaczynałam oczywiście na DAW (program do produkcji muzyki na komputerze – przyp. M.B.), ale szybko odkryłam, że bardziej bawi mnie “wykręcanie” dźwięków z otaczającej rzeczywistości i procesowanie ich przez efekty. W zespołach, w których gram na basie, używam smyczka i efektów.
fot. Darek Baran
Na swojej debiutanckiej solowej płycie „#262626” nagrywałam pianino nie przez MIDI, ale przez mikrofon z efektami, jak w utworze "Nothing". Rozbudowuję swój zestaw analogów - docelowo marzę o brzmieniu ambientowym w stylu Helene Vogelsinger. Myślę, że trip-hop jest jedynym miejscem, gdzie to wszystko sensownie się łączy. Myślę też, że uwielbiam trip-hop za połamane rytmy, synkopy i groove. Za nieoczywistość. Owszem, lubię czasem mocne electro z monotonną stopą, ale kiedy pojawia się groove na perkusji i dobry bas, reaguję zupełnie inaczej i zupełnie inaczej słyszę taki utwór. Nawet melancholijny utwór nagrany z koktajlową - jak ja to nazywam - perkusją traci klimat.
Stolicą i kolebką trip-hopu jest Wielka Brytania. Swoje utwory wykonujesz głównie po angielsku. Czy Twoim zdaniem język polski jest mniej odpowiedni dla tej muzycznej konwencji?
Z tymi językami jest różnie. Mam też kilka utworów po polsku - chociażby na wspomnianej płycie „#262626”. Jednak każdy z języków pociąga za sobą inną melodyjność. To trochę jak granie na różnych instrumentach. Gdy siadam do pianina, ląduję gdzieś między Trentem Reznorem a Hanią Rani. Kiedy chwytam gitarę, trafiam w okolicach grunge’u. W przypadku EP-ki „Till I Wilt”, której premiera już wkrótce, język angielski wynikał z faktu, że współpracowałam z Dougiem Jonesem. Łatwiej nam było pracować nad tekstem, który rozumiemy oboje. Po polsku bardzo długo nie umiałam śpiewać. Pisałam tzw. białe wiersze, które wymagały interpretacji i trudno było je “wcisnąć” w melodię. Kiedy śpiewam po angielsku, łatwiej mi skupić się bardziej na melodii niż na samej interpretacji. Tu pojawia się jednak problem wymowy. W przeszłości zdarzało mi się słyszeć głosy, że moja wymowa psuje odbiór utworu. Najczęściej w Polsce, bo zagraniczni producenci raczej odbierają to jako plus. Nie docierało to do mnie, dopóki nie usłyszałam utworu wokalistki z jeszcze gorszą wymową (śmiech). Zaczęłam się śmiać, a mój mąż rzucił “Hard times”, czyli jedną z fraz, którą najbardziej kaleczyłam. I wtedy do mnie dotarło, że istnieją ludzie, którzy reagują na moje kaleczenie tak, jak ja właśnie zareagowałam na kaleczenie tej dziewczyny. I to zabolało. Zaczęłam więc nad tym pracować.
Archiwum prywatne Ewy Baran
Dzięki temu, że gram z Dougiem Jonesem czy Bartkiem Brzezińskim (muzycznym partnerem i współpracownikiem Ewy - razem tworzą m.in. polsko-luksemburski projekt muzyczny BURN – przyp. M.B.), pracuję również nad wymową. Mam także nauczycielkę angielskiego, która jest wokalistką, i pracujemy nawet nad tym, żeby wybrane słowo miało odpowiednią dźwięczność i rytm. Kiedyś chciałam przeciągnąć słowo “beneath” - poleciła zamienić je na „below”. Znaczy to właściwie to samo, ale „beneath” powinno się wymawiać krócej.
Na swoim koncie masz choćby współpracę z duetem Nun Electro, której owocem był utwór „From The Ashes”. Zwracałaś uwagę na to, że wiele osób odnajduje w nim „klimat” Portishead. Czy zgodzisz się z tym, że to, co łączy Cię z tym zespołem - uważanym za jednego z prekursorów trip-hopu – to melancholijność Twoich utworów?
„From The Ashes” to w ogóle magiczny utwór. Podesłał mi go Olaf Karbowiak, który na co dzień gra dark electro, ale jego dusza perkusisty wypłynęła i właśnie ta „połamana” perkusja do mnie przemówiła. Dograłam “pływający” Rhodes, który brzmiał właśnie portisheadowo, ale co dziwne - kiedy graliśmy koncert z NUN Electro z materiałem tym bardziej electro-tanecznym, ludzie podchodzili i mówili, że brzmimy jak Portishead, co w tym przypadku już nieco mnie dziwiło.
fot. Gajos Fotos & Videos
Usłyszałam to również w ostatnim wywiadzie odnośnie płyty „Chopped and Shattered” w ramach projektu BURN. Ale w naszym przypadku Portishead buzuje nam w żyłach od pierwszej usłyszanej płyty. Kiedy chcę sobie poprawić nastrój, tłumaczę sobie, że pewnie brzmię jak Beth Gibbons :) Melancholia może być również kluczem do rozwiązania tej zagadki. Słyszę często, że w moim wokalu słychać taki rodzaj melancholii połączony z tęsknotą. Myślę, że w muzyce Portishead takiej melancholii i tęsknoty jest dużo.
Nastrojowa atmosfera to jednak jeden z wyróżników Twojej twórczości. Jakie są inne - według Ciebie?
Jeśli nastrój jest moim wyróżnikiem, to nie słyszałeś muzyki MSM (jeden z zespołów, w którym Ewa się udziela – przyp. M.B.) czy hard noise’u, który właśnie komponuję dla powermetalowej kapeli z Krakowa (śmiech)!
Archiwum prywatne Ewy Baran
Ale oczywiście często słyszę, że moja muzyka jest idealna do kina. Stworzyłam też nieco minimalistycznego ambientu na licencjach - właśnie do jogi czy medytacji. Lubię nieoczywistą muzykę. Kiedy jakiś producent daje mi wolną rękę, czasem wychodzą mi bardzo dziwne utwory. Utwór na składankę Marka Jenkinsa „Les Femmes Électroniques 2” jest chyba tym, w którym przeszłam samą siebie. Pokręcona ścieżka arpeggiatora (modułu automatycznie rozbijającego zagrany akord na sekwencję pojedynczych nut – przyp. M.B.) na pianinie, pocięte wokale, surrealistyczne dźwięki syntezatorów. Porównanie do muzyki Davida Lyncha było jednym z najlepszych komplementów (śmiech).
Teraz skupisz się na promocji wspomnianej EP-ki „Till I Wilt”, którą stworzyłaś wspólnie z producentem Dougiem Jonesem, znanym jako Mudtown. Czy tytuł, który możemy przetłumaczyć jako „Aż zwiędnę”, także sugeruje jej melancholijne przesłanie?
Tytułowy utwór pierwotny miał tytuł „The Bad”. Lubię bardzo pierwotne tytuły Douga - prowadzą mnie one w bardzo ciekawe miejsca tekstowo. Tak się stało z „Till I Wilt”. Ta fraza wynika z zabawy słownej, którą również bardzo cenię w swoich tekstach.
fot. Brandi Starzinger
Fraza „Karm mnie, aż zwiędnę”, to dla mnie opis miłości totalnej, która nie zna umiaru. To stan, w którym druga osoba staje się Twoim pokarmem – niezbędnym do życia, ale w nadmiarze toksycznym. Jest w tym coś z estetyki Tricky’ego: duszny, intymny szept, który mówi o uzależnieniu silniejszym niż instynkt przetrwania. To świadoma zgoda na to, by zostać pochłoniętym. Więdnięcie nie jest tu porażką, lecz dowodem na to, że nasycenie było absolutne – aż do granic wytrzymałości organizmu. To fascynacja momentem, w którym bliskość staje się narkotykiem.
Współprace w środowisku trip-hopowym są dość częste. Jak doszło do Waszej?
Z Dougiem należymy do grupy Trip Hop Lovers skoncentrowanej wokół największej grupy na Facebooku oraz kanału YouTube. Pojawiliśmy się razem na składance „Trip Hop Still Burning Vol. 2”. Pewnego dnia Doug podesłał mi utwór - właśnie „Till I Wilt”. Miał dla mnie taki klimat Tricky’ego i Martiny Topley-Bird. I od razu w ten utwór wsiąkłam. Potem podesłał „Hands For Flowers”, który łączył klimat Portishead z Cinematic Orchestra, i zupełnie przepadłam.
fot. Brandi Starzinger
W utworze „Neon Chapel” potrzebowałam nieco zmienić progresję (kolejność akordów). Do większości pasowało, ale nie pasowało do basu, więc zmieniłam bas. Od tego momentu zaczęłam też więcej grzebać w melodyce - z pianinem, jak w utworze „Rusty Rain”, i z basami. Okazało się, że to, co tworzy Doug, jest właśnie tym, czego brakuje w moich projektach muzycznych. Trip-hopowe bity i sample, do których mogę stworzyć swój utwór - dodać pianino czy bas. Pierwotny, minimalistyczny aranż pozwala mi iść melodycznie w każdym kierunku. To oczywiście ułatwienie, ale również chyba mocny plus tej płyty. Zawsze byłam głosem. Na tej płycie świadomie śpiewam ze stabilną emisją i konkretnym pomysłem. Okazało się, że nie trzeba przepychać się z producentem ani iść na kompromisy. My się tutaj uzupełniamy i rozwijamy.
Doug skupił się na wybranych fragmentach starych nagrań winylowych, które - jak sama określiłaś - dostały dzięki niemu nowe życie. Twój wkład nie ograniczył się jednak tylko do dodania warstwy wokalnej, ponieważ na wydawnictwie pojawiają się również Twoje partie instrumentalne.
Jak już wspomniałam, jest tam nieco mojego basu i pianina. „Rusty Rain” zostało totalnie przeze mnie zaorane (śmiech). Doug śmieje się, że to utwór w 70% mój, a nie jego (śmiech). Ale cieszę się, że potrafimy wykorzystywać swoje mocne strony w taki sposób, aby materiał był jak najlepszy. Nikt się o nic nie obraża, nikomu nie przeszkadza niczyje ego. To świadoma muzyczna dyskusja. Jak mawiał mój były szef: “Chcesz iść szybko - idź sama. Chcesz dojść daleko - idź w grupie.”
Premiera krążka, nieprzypadkowo wydanego na winylu, zbiegnie się z koncertem, który 21 marca dasz w Liberty Cafe w Krakowie. Koncertowe aranżacje Waszych utworów będą się chyba nieco różnić od tych studyjnych. Nie tylko dlatego, że wystąpisz samodzielnie, ale też choćby dlatego, że koncertowe okoliczności sprzyjają improwizacji.
fot. Illogical Philosopher
Ja się zawsze śmieję, że na płycie ostatnie zdanie ma producent, ale na koncercie to ja je mam. Na koncercie planuję wystąpić z basem i looperem. Beaty będą więc z loopera, a ja będę śpiewała i grała na basie, żeby dodać temu nieco życia. Zagram więc po swojemu te utwory, do których bas wcześniej nagrywał Brad Frank. Będzie też trochę utworów z „#262626”, coś z „Chopped and Shattered” oraz kilka utworów akustycznie - na pianino. Trochę pobawię się loopami i wielogłosami na looperze, trochę pogram na pianinie, trochę na basie. Ale marzy mi się kiedyś pełny koncert z tym materiałem - z perkusją, basem, pianinem, gitarą i harfą.
Jesteś znana z różnych projektów i współprac z producentami. W poprzednim roku wydałaś debiutancką, wspominaną już w tej rozmowie, solową płytę „#262626”. Opowiedz o swojej dotychczasowej artystycznej ścieżce i o tym, czy nowa płyta to naturalna ewolucja w budowaniu kariery, czy też nowe otwarcie?
„#262626” jest najbardziej samodzielną płytą i najwięcej tam mnie. Zero kompromisów. Moje brzmienie, moje melodie, moje instrumenty. Miałam w swoim życiu etap, kiedy byłam tylko „głosem”. Słyszałem np.: “O, fajnie śpiewasz, a kto Ci napisał muzykę?”. Krasnoludki (śmiech). Bardzo mnie to irytowało.
Pracowałam z producentem. Czegokolwiek nie nagraliśmy - on zbierał gratulacje. Niezależnie od tego, czy pomysł był mój, czy utwór był w ogóle napisany przeze mnie, a on jedynie go zmiksował. I absolutnie nie odbieram mu tego, co sam robił - bo oczywiście porządkowanie moich pomysłów i bałaganu w większości utworów to też nie lada wyzwanie. Szczyt mojej irytacji pojawił się w chwili, gdy ktoś zgłosił utwór, który był “najbardziej mój”, do ZAiKS-u, podając jedynie nazwisko kolegi z zespołu. Zaczęłam więc grać swoją muzykę tak, jak słyszymy ją w projekcie „Regresja”. Bez wokali. Uwielbiałam miny ludzi, którzy pytali: “Ale co tu robisz, nikt tu nie śpiewa?” :) Etap zmęczenia wokalem nałożył się na powstanie projektu „Noce”. Mogłam być basem, nie musiałam pisać tekstów, które - w przeciwieństwie do muzyki - często sprawiają mi trudność. Muzyka ze mnie wypływa za każdym razem, gdy siadam do instrumentu, tekst niekoniecznie. Kiedy zaczęłam grać w zespole, a nie układać klocki w komputerze, zaczęłyśmy częściej koncertować i okazało się, że problem z niedocenianiem wkładu muzycznego gdzieś zniknął. Jesteś na scenie z instrumentem. Jesteś częścią całości. Teraz więc słyszę: „Zagrałaś fajny bas”, „Fajnie się zharmonizowałaś z pianinem”, „Uzupełniłaś brzmienie gitary” albo „Dałaś kopniaka do fajnego przejścia perkusji”. „Regresja” była zaczątkiem mojej współpracy z Danielem Löwenem. Idzie ona dość wolno, a w sumie powinnam być najbardziej nakręcona, bo to jedyny producent, który nie oczekuje ode mnie wokali :) W tej współpracy jestem odpowiedzialna za miks, brzmienie, produkcję i dogrywam się tylko do tych utworów, które najbardziej czuję. Mam nadzieję, że dzięki temu płyta będzie wyjątkowo dobra. Fragment jednego utworu wykręca jakieś kosmiczne liczby na YouTube. Mam nadzieję, że to dobrze rokuje.
Przy okazji wspomnianych „Nocy” pojawił się zespół MSM. Uwielbiam ten punkowo-rock’n’rollowy klimat. Praca z facetami zawsze mnie najbardziej nakręcała! Prostota relacji, brak nadmiernego rozemocjonowania - tylko muzyka i podstawowy podział instrumentów. Każdy ma swoje zadanie i nikt nie musi kłócić się o swoje miejsce w utworze. Kiedy zaczęłam bardziej świadomie śpiewać, przyjaźnić się z wokalistkami, które robią to wyśmienicie, słuchać i chłonąć wszystko dookoła, zaczęły pojawiać się nowe współprace ze świadomymi producentami, od których dużo się uczyłam. Dawniej współpracowałam z kimś, kto nie miał zbyt dużych wymagań wokalnych. Na początku było przyjemnie. ale mąż krzyczał: “Ewa, znowu śpiewasz tak samo”. A mój producent: “Nie słuchaj go, wszystkim się podoba”. Zaczęłam wysuwać swoje własne melodie na pierwszy plan i znajdować kogoś do aranżacji (albo sama ją robię), a nie bezmyślnie wklejać się w aranżacje innych. Bartek ma kilka wokalistek. Ja wybieram to, co mi się podoba, i nie mam wyrzutów sumienia, że coś “odrzucam”, bo Bartek podeśle to komuś innemu. Czasem czuję się jak kucharz w kuchni. Jedną potrawę robię sama, innej próbuję i doprawiam po swojemu. Robię to, co chcę, ale jednocześnie w symbiozie z innymi muzykami - i to jest najcudowniejsze. Na swoim koncie mam też udział w jednym projekcie Chóru POLIN (obecnie Chór w Ruchu), który otworzył mnie bardzo wokalnie. Cieszę się, że „Till I Wilt” powstało teraz, bo to brzmienie, które uwielbiam najbardziej, ale jednocześnie wiem, że gdyby ta płyta powstała rok wcześniej, w czasach płyty „#262626”, nie udźwignęłabym jej tak wokalnie. Z drugiej strony to również otwarcie. Pojawię się bowiem na płycie „ZOMBIExZOMBIE” - czyli Davida i Dino, którzy zrobili remix utworu „Hands For Flowers”. Planujemy też z Dougiem płytę bardziej instrumentalną, nu-jazzową, opartą na mocnej perkusji, basie i samplach.
Jesteś znana jako Holy Høly. Jego jest geneza i sens tego pseudonimu?
Nazwa narodziła się z potrzeby nazwania dychotomii. Z jednej strony szukałam słowa, które byłoby miękkie, przyjemne i eteryczne – jak płynące tekstury ambientu, leniwe tempo i gładkie, niemal oniryczne wokale. „Holy” (święty) niosło ze sobą ten niematerialny, czysty pierwiastek.
Z drugiej strony to słowo ma w sobie drugie dno. W języku potocznym „holy” jest zapalnikiem dla emocji i ekspresji – otwiera frazy takie jak „Holy F***” czy „Holy Crap”. To idealnie oddaje moją warstwę instrumentalną: smooth wokale zderzają się u mnie z brudnymi synthami, a spokój kompozycji jest regularnie burzony przez niepokojące efekty. Początkowo projekt miał nazywać się po prostu Holy Holy, ale świat muzyczny jest ciasny i taki zespół już istnieje. Ponieważ jednak ładnie mi to brzmiało, dodałam przekreślone „ø”, które dodaje świetnego, "chłodnego" klimatu, idealnie pasującego do ambientu. Na co dzień wszyscy mówią do mnie Holly. Nawet myślę nad skróceniem nazwy. Ostatnio rozmawiałam o tym z Bartkiem. On mi na to, że jemu się podoba stara forma i przekreślone „ø”, po czym odbiera telefon i rzuca: “Oddzwonię do Ciebie, bo rozmawiam teraz z Holly” (śmiech).
Pracujesz obecnie nad kolejnym albumem. Tym razem Twoim artystycznym partnerem w duecie będzie wspominany już tu Daniel Löwen. Ale to chyba nie jedyna Twoja aktywność, której efekty poznamy w tym roku. Właściwie to już wkrótce!
Moich planów już nieco przemyciłam wcześniej… Płytę z Danielem kończymy w tym roku. Będzie to ambient zbudowany wokół lekkiego, przestrzennego pianina na arpeggiatorach, delayach i innych efektach. 27 marca wychodzi „Chopped and Shattered” BURN z dość dużą akcją promocyjną. Jednocześnie mamy już kilka utworów i pomysłów na kolejną płytę - bardziej taneczną, w klimacie zespołów Kosheen i Moloko. Mam też sporo niewydanych swoich utworów. Muszę sprawdzić, który styl najszybciej się wyklaruje, żeby zamknąć go w jeden albumowy portret. Z MSM jesteśmy na etapie zgrywania materiału - mamy nadzieję zrobić to w tym roku.
fot. Paulina Tomczyk
Płyta z dziewczynami z projektu „Noce” jakoś się przeciąga, ale gramy mnóstwo koncertów i festiwali, a ostatnio nagrałyśmy utwór do filmu. Chyba nie mogę powiedzieć więcej do czasu oficjalnej premiery. Poza tym przez ten czas zrobiłyśmy ogromny progres i lekko zmieniłyśmy brzmienie. Wracamy do starszych utworów, żeby je uporządkować - co z jednej strony jest super, ale z drugiej odkłada termin wydania. Teraz też, jak wspomniałam wcześniej, będę sklejać brzydkie, niewygodne, odrażające, chropowate i odpychające brzmienia noisowe na płytę zespołu metalowego. Nie zapominajmy również o tym, że prawie gotowy jest materiał na płytę z Szymonem Nożyńskim, którego utwór „Rain On My Pillow” jest na „#262626”. Tę współpracę lubię najbardziej, bo jestem tylko narzędziem. Szymon ma gotowy projekt i całościową wizję każdego utworu. Wysyła podkład, tekst i poglądową melodię. Szymon to również osoba, która - obok Bartka, Olafa i Douga - miała duży wpływ na wyciągnięcie mnie z wypalenia wokalnego. “Wszyscy słyszą tylko mój głos” - mówiłam. “Ewa, nie da się nie słyszeć Twojego głosu”. Bartek podsyła mi mnóstwo inspiracji i karmi moją soulową duszę, Doug daje mi mnóstwo przestrzeni na melancholijnie wokale, a Olaf, który ma najwięcej mainstreamowego doświadczenia - gasi moje popędy do jazzowania i soulowania. Mówi do mnie: “Melodia, Ewa. Prosta melodia - taka, która wyjść z głowy nie może”.
Autor wywiadu: Michał Bigoraj
