
Lady Pank na Torwarze (relacja)
Lady Pank to jedna z najlepszych wizytówek polskiej muzyki rockowej. Historia tego zespołu i jego wpływ na polską (pop)kulturę są nie do przecenienia. Zresztą 45 lat od rozpoczęcia działalności zespołu jego popularność i zapotrzebowanie na jego twórczość są nadal ogromne. Znakomicie potwierdził to ich występ, który 14 marca dali na warszawskim Torwarze, którym grupa hucznie zainaugurowała w Polsce (w tym roku dali już bowiem kilka występów za granicą) obchody swojego jubileuszu.
![[img:1]](/img/artykuly/zdjecia/0-min.webp)
Zanim kilkanaście minut po 19:00 na scenie pojawili się bohaterowie wieczoru, z publicznością przywitał się Piotr Stelmach. Popularny dziennikarz radiowy miał problemy z mikrofonem, które jednak potrafił humorystycznie „ograć”. Zgromadzona w komplecie publiczność czekała jednak na to, co nastąpiło za chwilę. Dumnym i zdecydowanym krokiem jako pierwszy na scenę wkroczył Jan Borysewicz, a chwilę później po swoim liderze pojawiali się kolejni muzycy zespołu, a także ci, którzy wspomagają Panków podczas występów na żywo.
![[img:17]](/img/artykuly/zdjecia/lady-pank-1-min.webp)
![[img:2]](/img/artykuly/zdjecia/2-min-14.webp)
![[img:3]](/img/artykuly/zdjecia/3-min-9.webp)
Zgodnie z przewidywaniami zespół wraz ze swoim gośćmi przywitał nas jednym ze swoich największych hitów, czyli utworem „Zamki na piasku”. Po nim usłyszeliśmy zaś kawałek „500 plus”, pochodzący z ich ostatniej, ubiegłorocznej płyty, której tytuł – „45” – nawiązuje oczywiście do jubileuszu formacji, który w sobotę także świętowaliśmy. Dwa pierwsze utwory były też symbolicznym zwiastunem tego, że na występie klasyczne przeboje grupy będą przeplatały się z tymi stosunkowo mniej znanymi, zwłaszcza pochodzącymi z ostatniej płyty. Były one też zapowiedzią tego, co zespół zapowiadał wcześniej - licznych i efektownych wizualizacji widocznych na telebimach. I o ile ta przy okazji pierwszego numeru mogła się podobać – pokazywała bowiem nieco futurystyczną, mechaniczną wizję – to już kolejna wydawała się być dość kiepskim tworem sztucznej inteligencji, a twarz niemowlaka z pewnością nieprzypadkowo przypominała… prezesa Kaczyńskiego :). Ale przecież tytuł utwory mówi sam za siebie… Co ciekawe, akredytowani fotografowie - w tym towarzysząca mi autorka widocznych tu zdjęć, Karolina Renc - mogli robić zdjęcia z tzw. fosy tylko przy okazji dwóch, a nie - jak to ma zazwyczaj miejsce - trzech pierwszych utworów koncertu. Tym samym nie mogli oni uchwycić tego, co działo się podczas zagranej jako trzecia „Kryzysowej narzeczonej”. Jeden z największych spośród wielu hitów zespołu wypadł jednak dość przeciętnie - wyraźnie było widać, że artyści jeszcze się rozgrzewają. Zresztą im dłużej koncert trwał, tym - moim zdaniem - rósł też poziom wykonawczy muzyków. Widać to było choćby przy okazji utworu „Fabryka małp”, który wypadł niezwykle energetycznie, z odpowiednią dozą instrumentalnego zaangażowania i pasji w głosie Janusza Panasewicza.
![[img:4]](/img/artykuly/zdjecia/4-min-11.webp)
![[img:5]](/img/artykuly/zdjecia/5-min-9.webp)
Autorem tekstu tego przeboju jest Andrzej Mogielnicki, który za pomocą trafnych metafor oddał w nim zezwierzęcenie relacji międzyludzkich oraz próbę ujednolicenia społeczeństwa w czasach PRL-u, w którym ludzie mieli być "produkowani" według jednego wzorca, pozbawieni indywidualności - niczym właśnie małpy w fabryce. Mogielnickiego w kontekście jubileuszu grupy nie sposób nie wspomnieć. Wszak jest on nie tylko autorem tekstów jej największych hitów, ale też współzałożycielem formacji, którą powołał do życia wspólnie z Borysewiczem. Zaskakujący był zatem fakt, że jego nazwisko ani razu w sobotni wieczór nie padło, a on sam “mignął” nam jedynie w postaci zdjęcia przy okazji „Małej Lady Punk”, pierwszego utworu zespołu. Przy okazji tego numeru zamiast animacji na telebimie widzieliśmy bowiem archiwalne fotografie z różnych okresów kariery zespołu. Była to wzruszająca kronika ich działalności. Przy tej okazji aż prosiło się wspomnieć nie tylko Mogielnickiego, ale też byłych muzyków zespołu - których przecież aż tak wielu nie było. Tym bardziej, że organizatorzy koncertu zapowiadali go między innymi takimi słowami:
„O mniej lub bardziej znanych momentach, które tworzyły ją na przestrzeni czterech dekad, opowiedzą ze sceny sami członkowie Lady Pank. Zarówno dla nich, jak i dla słuchaczy będzie to podróż pełna osobistych wspomnień i emocji”.
![[img:6]](/img/artykuly/zdjecia/6-min-7.webp)
![[img:7]](/img/artykuly/zdjecia/7-min-7.webp)
Moim zdaniem ta „podróż” była zdecydowanie za krótka, bo nawiązań do - imponującej jak na polskie warunki - historii i kariery zespołu było stanowczo za mało. Takim „historycznym akcentem” byłoby choćby wykonanie utworu „Nie wierz nigdy kobiecie”. Duet Mogielnicki-Jan Borysewicz stworzył go wprawdzie dla zespołu Budka Suflera, ale znaczenie tego utworu okazało się niezwykle istotne dla późniejszego powstania Lady Pank. Pewne nawiązania do historii jednak się pojawiły. Najwięcej oczywiście w wykonaniu Borysewicza, który jako jedyny – nie licząc krótkich wstawek Panasewicza między utworami – zwracał się do publiczności. Dziękował wszystkim: zarówno tym, którzy są z zespołem są od początku, tym, którzy dołączyli do grona słuchaczy niedawno, jak i tym, którzy na ich koncercie byli po raz pierwszy. A biorąc pod uwagę przekrój osób, które można było spotkać na Torwarze – od dzieci, przez nastolatkach, aż po seniorów – bardzo możliwie, że i tacy się pojawili.
![[img:8]](/img/artykuly/zdjecia/8-min-7.webp)
![[img:9]](/img/artykuly/zdjecia/9-min-7.webp)
Wróćmy jednak do muzyki. „Mała Lady Punk” była jednym z trzech utworów, które Jan Borysewicz śpiewał jako główny wokalista. Pozostałe to hity „Wciąż bardziej obcy” oraz reprezentant ostatniej płyty, czyli „F33”. Moim zdaniem był to najsłabszy element sobotniego wieczora - nie tylko dlatego, że Borysewicz pomylił w nim tekst. Było to jednak pierwsze wykonanie tego utworu na żywo, zatem z pewnością jeszcze się „dotrze”. Znacznie lepiej wypadły singlowe „Motyle” i „Kalifornia”. Do tego pierwszego nawiązywały także stroje Panasewicza oraz basisty zespołu, Krzysztofa Kieliszkiewicza. Ten pierwszy miał motyla na tyle swojej skórzanej kurtki, drugi zaś - motyle na koszuli :). Zresztą ubrany jak zwykle w gustowny kapelusz (a także w znacznie mniej gustowne „świecące” i chyba celowo kiczowate spodnie) Kielich prezentował się niezwykle efektownie. Miał też przede wszystkim okazję zagrać utwory z nowej płyty na żywo, bo takiej możliwości w wersji studyjnej pozbawił go Borysewicz, który sam nagrał wszystkie partie basu. Było ta decyzja co najmniej dziwna…
![[img:10]](/img/artykuly/zdjecia/10-min-7.webp)
![[img:11]](/img/artykuly/zdjecia/11-min-7.webp)
Krzysztof Kieliszkiewicz pokazał jednak, że bardzo dobrze odnajduje się w nowym repertuarze. To samo można napisać także o Michale Sitarskim, który choć „etatowym” gitarzystą zespołu nie jest, to tradycyjnie pełnił rolę dodatkowe gitarzysty na koncercie. Ale tych dodatkowych muzyków było więcej! Obecność saksofonisty Marcina Nowakowskiego (który dostał też kilka momentów na zaprezentowanie swoich znakomitych solówek, choćby przy okazji „Zostawcie Titanica”) nikogo z fanów nie dziwiła, ale pewnym zaskoczeniem mógł być fakt, że dodatkową perkusistką była Wiktoria Bialic, a na instrumentach klawiszowych zagrał Adam Bieranowski. Bardziej przy okazji trasy z okazji 45-lecia spodziewałbym się w tej roli Wojtka Olszaka, który przecież z zespołem współpracował i pełnił już tę funkcję w przeszłości. Bieranowski chyba wciąż jest zaskoczeniem dla samego Borysewicza, bo przedstawiając muzyków zapomniał on jego nazwiska :). Skład na scenie uzupełniał oczywiście Kuba Jabłoński (który przed utworem „Tacy sami” stoczył swoisty perkusyjny „pojedynek” z Bialic), który – podobnie jak Kieliszkiewicz – jest w zespole od 1994 roku. W tym roku obaj panowie zadebiutowali zresztą na płycie „Na na”, której tytułowy utwór został tradycyjnie zagrany jako ostatni bis (pierwszym był zaś inny numer z tego krążka - „Na co komu dziś”). Ale zanim muzycy zagrali spodziewane bisy (drugim była nieco stonesowska ballada „To jest tylko rock and roll”), zaserwowali nam jeszcze kilka swoich wielkich hitów. Wśród nich znalazły się między innymi: poprzedzony nietypowym wstępem „Tacy sami”, energiczna „Tańcz głupia tańcz”, kończące zasadniczą część koncertu „Mniej niż zero” czy - jak zwykle wzruszające - „Zawsze tam, gdzie ty”, jedna z polskich ballad wszech czasów. Oczywiście „ciepły krzyk” publiczność w Torwarze oddała wspaniale! Równie dostojnie wybrzmiała też - obowiązkowa w tym miejscu - „Stacja Warszawa”. A skoro już przy balladach jesteśmy, to mnie w sobotę najbardziej (obok wspomnianej wcześniej „Nie wierz nigdy kobiecie” oraz utworu „Prawda i serce”, który - jak słyszałem - był ponoć planowany w setliście) zabrakło przejmującej i przepięknej „Małej wojny”, która zawsze była jednym z najsilniejszych punktów koncertów.
![[img:12]](/img/artykuly/zdjecia/12-min-5.webp)
![[img:13]](/img/artykuly/zdjecia/13-min-5.webp)
Ale pomimo jej braku tych silnych punktów mieliśmy naprawdę dużo! Nieoczywistą bohaterką była dla mnie na przykład kompozycja „Rysunkowa postać”, zilustrowana animacją, która nawiązała też do innego zaprezentowanego utworu - kultowego „Marchewkowego pola”. Ten numer powstał do animowanego miniserialu „O dwóch takich, co ukradli księżyc” z 1984 roku, którego reżyserem był Leszek Gałysz, a który opowiadał o barwnych przygodach Jacka i Placka. Obu tych bohaterów widzieliśmy też w sobotę :). Dobrze wypadły także choćby „Drzewa”, reprezentant przedostatniej płyty zespołu - „LP40”, wydanej z kolei z okazji 40-lecia Lady Pank. Słabsze momenty też się oczywiście zdarzały - choćby w postaci nieco osobliwych wokaliz Panasewicza przy okazji utworu „Moje życie”. Bez „udziwnień”, bardzo pewnie zaśpiewał on za to inny utwór z ostatniej płyty, czyli klasycznie rockową „Zdradę”. Pewną niespodzianką w setliście mógł być z kolei kawałek „Nie omijaj mnie”, pochodzący z płyty „Zawsze tam, gdzie ty” z 1990 roku.
![[img:14]](/img/artykuly/zdjecia/14-min-6.webp)
![[img:15]](/img/artykuly/zdjecia/15-min-6.webp)
Nie było to z pewnością najlepszy koncert Lady Pank, jaki widziałem. Niemniej oceniam go bardzo wysoko. Zespół na scenie niezmiennie prezentuje się zawodowo, a kompozycje Borysewicza w koncertowych warunkach nie tracą nic ze swojej studyjnej jakości. Może tylko pan Jan mógłby częściej popisywać się swoimi solówkami. Ale to był dopiero pierwszy spośród wielu koncertów, które zespół zagra w ramach tej wyjątkowej trasy. Jej finał zapowiedziany jest na 5 marca przyszłego roku - także na warszawskim Torwarze. Sądzę, że w międzyczasie zaliczę jeszcze kilka przystanków tej pięknej podróży z legendą polskiego rocka!
![[img:16]](/img/artykuly/zdjecia/16-min-7.webp)
Autor tekstu: Michał Bigoraj
Zdjęcia: Karolina Renc (Muzyczne Pocztówki Karoli)
